Ł y ż w i a r s k a P s y c h e
Nie tyle sarnia elegancja
W twoich skokach
Orchideo piękna
Coś więcej
Coś innego
Darujesz w salhofach
Nie tyle kolibrza emanacje
W twoich piruetach
Uprzędzonych z dżwięków
Coś jeszcze
Przydajesz tańcu
Wirująca kobietko
Nie tyle smukła dostojność
W nieważkiej gracji
Ostrze wynosi
Tajemnicze
Na mgnienie
Oko nam zaćmi
Tancerką jesteś hojną
Nosicielko harminii
Gry łagodnych krzywizn
Sypiąca obficie
Z rogu doskonałość
Ja nie zapomnę jednak
Tej krzywdy
Męskości zadanej
Na stałe
Jawić nie przystoi
Ja ujawnię
Za siebie i innych
Tkwi ta ćma
Poświata kobieca
W przegródce intymnnej
Tkwi żalem
Żeś ty nie moja
Tego obnażenia
Zgoła nie chwalę
Cóż
Wolno mi wzdychac
Skoro wnosisz
Na skrzydłach piruetów
Urodę Psyche
Budziśz Erosa
Ja ci mówie
To poetyka
Że ranisz intymnie
I to cierpienie zdobi
J a n u s z o w i K u s o c i ń s k i e m u
I nam mistrz pisany
Nieliczni dostapili zaszczytu dotknięcia
Nieliczni dostąpili zaszczytu słowa
Nieliczni dostapili zaszczytu oczu
Wyjazdy były nieszumne
Mitingi były nieczęste
Mięśnie krzepły w samotni
Nie było czarownej skrzyneczki
Siejącej obrazki
A głos pezez przestrzenie
Też się jeszcze nikło niósł
Sława tedy jego
Rosła powoli
Snuła się po naszej ziemi
Dnie i tygodnie
Aż dotarła do każdego zakątka
Wielu
Bardzo nawet
Nie wiedziało o co chodzi
Niepiśmienni
Ale wszyscy się cieszyli
Na ulicach nieznajomi podawali sobie ręce
Późnym latem plaże były puste
A ci którzy korzystali z kapieli
Bez specjalnych trudnosci
Nawiązywali ze sobą rozmowę
Rozmawiali o nim
Panie co to jest za człowiek
Przede wszystkim byli dumni
Patrzcie
Jak można być dumnym
Przeżywać te dumę przy lampie naftowej
Na przykład
Czy kosząc trawę u wuja na wakacjach
Więc byli dumni
Choć nikt z tamtego wielkiego lądu
Gdzie dokonał nasz rodak wyczynu
Tej dumy nie widział
Nie odczuwał
Wielu nawet nie wiedziało
Jaki kraj jest jego ojczyzną
Naszego bohatera
Ojcowie jego imię
Przydawali synom
Zrodzonym tego miesiąca
Imię to u piszącego
Dla innych tylko nazwisko zimne
Łamliwe
Na liście zwycięzców z przed lat
Nam jest podwójnie bliski
Biegiem
I grobem męczeńskim
Na miejscu kaźni
Kwiaty mu oto składam
W mowie nieskładnej
M i s t r z o w i s t u
Na start
Zgiąć kark
Grzbiet w łuk
Wzrok w dal
Głów rząd
Las rąk
Prą w przód
Jak z proc
Spod nóg
Bryzg grud
Świst z płuc
Błysk ud
Skurcz szczek
Stóp chrzęst
Już negr
Gna przed
Od ław
Grzmi krzyk
Mknie czas
Ci z nim
Cel tuż
Na piędź
Rzuć tors
Bóg szczęść
Mistrz stu
Szum braw
U rzęs
Lśni łza
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz