To jest wiersz o niczym
Język tysiące słów
Słownik obszerny
Słowa na a b c
Coś znaczą
Można je składać
Tak i siak
Z sensem lub bez
Napisali tysiące wierszy
Każdy o czymś
Nikt nie napisał
Wiersza o niczym
Więc spróbujmy
Jeśli o niczym
Nie musi być dobry
Nic na to nie zasługuje
Może być bez rymu rytmu
Metrum średniówki
Byle jaki
Skoro jest o niczym
Niełatwo napisać wiersz o niczym
Wymaga namysłu
Też inwencji
Wielu dni medytacji
Też przeróbek jak ten
Musi jakoś wyglądać
Mimo wszystko
Nie może być zbyt długi
Skoro jest o niczym
Bo będzie wtedy o czymś
A ma być o niczym
Czy naprawdę można napisać
O niczym wiersz?
Skoro można napisać o czymś
To i o niczym
Skoro można
To nic zapewne jest czymś
Tylko czym?
Skończmy już
O niczym nie można zbyt wiele
L i c z n i e d o t r z e c h
Pierwsze słowo
Nieme
Gest pożądany
Pukania
Pierwszy znak
Pierwsza kołatka u wrót
U sznura
Gdzie żagle pościeli
Wśród pochyleń
Uniesień
Osiągają pożądaną kruchość
Tam wspiętej baletnicy
Gdy sprężona
Obłok kolejny poddaje
Pod pieszczotę wiatru
Tam właśnie
Zakołacze wpierw nieśmiało
Powtórzy potem echem głębszym
Pierwsze pukania
Rozmowa na jeden głos
Odtąd zacznie się wsłuchiwanie
Dzielenie czasu na cząstki
Aż cierpienie przemieni wszystko
W nowy początek
Szczęśliwe cierpienie
I niepokój cierpki
Czy nie wzeszło zmierzchem milczenie
A gdy ujawni
To nowe wydarzenie
Tuz przed snem
Powie
To to to tu
Razem wyłowią falę zza świata
Jedną
Błysk krótki
Drugą
Echo
Tarcza łowi
Myszkuje
To tu to tam
Krąży po ciepłej czaszy
Niech jeszcze zabrzmi żywa perkusja
I się rozleje bania
Ciepła
Wir oszalały
Tu tu tu
I zaraz się splotły te ich dwie
Razem myszkują
Aż do wzniecenie fluidów
Potoczy się kule miękka
Promienistość o stu szpileczkach
Magnezja z wonią kadzidła
Wybuch i długa poświata
Węzeł splatany z zapewnień
Wciąż i wciąż
To był
Aplauz
Adoracja
Uwielbienie
Dane sobie
Za sprawa
Liczenie do trzech
P r z n i c z n e z a p r o s z e n i a
Akwamaryny akwamaryny
Zawiodły w toń
Czartowską ręką siane bławaty
Na pokuszenie kwitną
Dworne bursztyny dworne bursztyny
Muskają skroń
To zaproszenia są do komnaty
Pszenicznej i błękitnej
Pośród kołysań pośród kołysań
Przytula łan
Ulata chyłkiem spłoszony śpiewak
Świerszcz z bliska gdzieś zacyka
Otwórzmy dzisiaj otwórzmy dzisiaj
Czarowny dzban
Uchylmy garstkę zapomnień z niego
Na uwiecznienie wzdychań
Martwieją słowa martwiej słowa
Przygasa śmiech
Darować można treści najwięcej
Gdy wzejdzie czas bezgłosy
Łan zawirował łan zawirował
W pijanym śnie
Trwać tak będziemy w bliźniej podzięce
Aż niebo się rozkłosi
Przystań spragniona przystań spragniona
Rozkwita blask
Zachwytem wzeszły złote księżyce
Zza horyzontów błogich
W dojrzałych gronach w dojrzałych gronach
Gęstnieje czas
Popłyńmy dalej pośród zachwyceń
Przez tajemnicze progi
Czarodziej ranek w ukłonach barwnych
Kłania się nisko
Za taką chwile podarowana
Oddamy wszystko
I n w o k a c j a d o E l i
O Ela Ela o Elu
Ty masz przyjaciół wielu
Żaden nie włada gitara
Więc bądźmy ze sobą parą
Refren:
Gitara gitara już łka
Dla Eli ode mnie to znak
Gitary unosi się śpiew lub: Gitary się śpiew unosi
Bo we mnie gorąca jest krew O słówko od Eli prosi
O Ela o Ela o Elka
Ma miłość do cię jest wielka
O ukarz się na balkonie
Z gitarą ci się pokłonię
O Ela Ela Elżbietko
Nie bądź uparta kobietka
Twa postać mnie tak zachwyca
Niech w blasku cie ujrzę księżyca
O Ela Ela o Ela
Dziś jest przecież niedziela
Czekam cie pod jaworem
I rankiem i wieczorem
O Elka Elka o Ela
Przygotuj się do wesela
Wyśpiewam ci na gitarze
Jak dobrze nam będzie w parze
Wciąż nie ma i nie ma Eli
A gdzież to ja diabli wzięli
Na próżno gram pod balkonem
Inny ją pojął za żonę
Więc drugą poszukam Elę
Na świecie jest dziewczyn wiele
Pod oknem zaśpiewam z gitarą
Dla innej stanę się parąC h w a ł a p i e r w s z y m
Tobie zapewne
Nie była zbyt ciężka
Ta niewola wdzięczna
Mistrzu dojrzały
Pochlebstw pełna
A i się przyznaj
Kraszona ukradkiem
Garncem wina
Wypitym z córa dworzanina
W jej przychylnym łożu
Podróż odkładano
Za sprawą leniwej gościny
To za sprawą burzliwego morza
Z pana wreszcie
Jawnego rozkazu
Tobie zapewne
Nie była zbyt ciężka
Ta niewola wdzięczne
Czy tu
Czy gdzie indziej
Równie grób gościnny
Kościom
Ojczyzna wielkiemu
Gdzie dzieło
Dziecko spłodzone
Świeci wielkością
Na Krecie
Ojczyzna
Gdzie władca
Hołubi zazdrośnie
Budowniczego
Co pierwszy na świecie
Lecz syn syn
Należy się górom
Za którymi tęskni
Nie ciekaw córy
Co z zabaw wyrosła
Nawet królewskiej
Ciąży fez szkarłatny
Nie nęcę kodeksy
Nie cieszą kielichy
Syn ku zamorskim
Niebom tęskni
Syn ku progom
Matczynemu wzdycha
Boś go powieścią nocną
Karmił
O domu północnym
Nie na darmo
Wiec nie dla wyczynu
Sławy czystej
Której ma dostatek
Dla syna
Lepi ojciec
Dzieło ostatnie
W mylącej odzieży
Na statku kupieckim
Niepewny uciekiniera los
I ojciec synowi należny
I ojcu oczu okrycie
Dłonią dziecka
Więc nie dla wyczynu
Gromadzi pióra i wosk
Czy ty byłeś
Czy cię wymyślił
Dawny piewca
Dość że w głowie czyjejś
Wyrosła pierwsza
Nieziemska
Podróż podniebna
Że śpiewak pradawny
Gdy wielka kruchość była losów
Nie myślał o szczęśliwym chlebie
A chciał być ptakiem
Gdy więc byłeś
Z synem tęskniącym
Jesteś nam bliski
Podwójnie
Lotem pod słońcem
I siedliskiem
Wolności ogromnej
Ogromnej
Bo ptasiej
Ona darzy
Swobodą jasną
Choć jedno gniazdo
Budować każe
Gdy bardem byłeś
Przy ognisku
Co bajał
O skrzydlatej parze
Jesteś nam bliski
Piewco
Ucieleśnionych marzeń
Dwaj dwaj
Potężnieją nad wyspa
Ranny odlot żegnany tłumnie
Władca przekleństwa ciska
Gościom nierozumnym
Dwaj biali
Maleją w promieniach
Coraz dalej ziemia
Wiek męski
Racją zimną włada
Młodość dodaje skrzydeł
Nie było racji u Dedala
Synowskich racji nie przewidział
A gdyby tak w zawody z ptakiem
A gdyby tak w zawody z chmura
A gdyby tak w zawody z słońcem
A gdyby tak a zawody z sobą
To nie ucieczka z wyspy uciążliwej
To radość boskiej równa
Ikar bogów wyzwał
By się z nimi równać
Wzlata
Szybuje
Ziemie mać umyka
Już pod samym słońcem
Ikar
Królem nad sobą
Królem ramion
Królem przestrzeni
Człowieczy ptak nad globem
Ziemi
Helios zazdrosny
Powala
Nie będą chłopcom skrzydła rosnąć
Trwa po nim chwała
Nad poziomy wylatał
Młodością
Pierwszy padły bohater
Z niecierpliwych
D a c a p o a l f i n e
Krzyk w dłoni
Poeta niebieski
Łamie pieczęć pierwszą
Płomień u skroni
Zachwytami kreśli
Błysk na powitanie
Szept wzrasta
Daję ci dostatnio
Druga pieczęć pęka
Wiary garstka
Oczekuje na dnie
Na swe ujawnieni
Grzmią trąby
Wrota lśnią na oścież
Trzecią księgarz kruszy
Śpiewy mądre
Na dziedzińcu goszczą
Znak na pasowanie
Biel święta
Ściele się u głowy
Czwarta rozłączona
Dłonie zgięte
Zawisają w połowie
Na znak darowania
Świec ognik
Gości u źrenicy
Piąta się rozwiera
Siebie godni
Przyjęci do świty
Chór głosi hosanna
Da capo al fine
Krąg bliskich
W smutkach się jednoczy
Szósta znika martwa
Skroń ściska
Co ściera na prochy
Rodzi zrozpaczonych
Skroń stygnie
A u bram pukanie
Siódma rozłamana
Pieśń płynie
Na tę ziemska pamięć
Za to ziemską marność
N a s z t e g o
j e s t t r o j e
Nadejdzie nadejdzie
Już
dziś o północy
Czy
jutro nadejdzie
I
sen przerwie złoty
A
może za tydzień
Wypłoszy
czuwanie
Pomódlmy
się dzisiaj
O
cud rozwiązania
Zawiewa
zawiewa
Tumany
mkną groźne
Po
co nam się chciało
Miłości
tej doznać
A
chciało się chciało
Miłości
jedynej
Przynosi
nam dzisiaj
W
boleściach kruszynę
Wśród
wiatrów zawiei
Wśród
śnieżyc i mrozów
Co
z pocieszycielem
Ci
może zagrozić
W
czuwaniu trwa płochym
Wyławia
wzdychania
To
zdrzemnie się trochę
U
boku swej pani
Trwaj
oczekujący
Strażniku
stroskany
Bo
już się odzywa
Ten
oczekiwany
Już
puka do ściany
Z
ciepłego zaświata
Obudził
nad ranem
I
bólem sen skraca
Popędzi
popędzi
Przez
grudy przez progi
Niech
stanie mi prędzej
Przy
mojej niebogiej
Łomoce
łomoce
Zawoła
potężnie
Mam
miękka karocę
Przyjdź
pomóż mej księżnej
Pofruną
przez wiatry
Przez
śniegi popędzą
A
koniom na zadach
Dzwoneczki
zadźwięczą
Hej
wiśta hej wiśta
Przez
zaspy mkną sanie
Nie
myślcie żem przeklął
Gorące
kochanie
Spod
derek korzuchów
Przez
progi wyskoczą
Ból
łono rozdziera
Płynami
zabroczy
Szykujcie
biel płócien
Gotujcie
też wrzątek
Kołyskę
ugrzejcie
Bo
to już początek
A
ty panie bracie
Stań
tu u wezgłowia
O
wielkim cierpieniu
Niech
się pan mąż dowie
Pocieszył
pocieszył
Rękoma
przygarnął
Gdy
ból ciało przeszył
Nie
cierpi na darmo
Przychodzi
przychodzi
Przychodzi
w udręce
Na
dzisiaj na co dzień
Splatają
się ręce
Pośrodku
zawodzeń
Stroskanych
uciszeń
Już
inny głos w drodze
Już
zaraz usłyszą
O
jeszcze o jeszcze
Napory napory
Czy
to już nareszcie
Czy
przyjdzie spazm wtóry
Bolesne
rozdarcia
Już
nic nie pocieszy
O
rodzi się teraz
Krzyk
z krzykiem się miesza
W
głębinę spadanie
O
ulgi spokoje
Było
miłowanie
Nas
z tego jest troje
Śpiewajmy
hosanna
Wypijmy
kielichy
Dzieciątko
nam Pan dał
W
kołysce śpi cicho
A d o r a c j a
O cudzej pięknie śpiewasz miłości
Prosić się jednak
boję
Wypowiem to jak
najprościej
Niech jest i ono o
mojej
Nie podaruję ci róż miliona
Tylko ten skromny
wierszyk
Tysięcy wiorst nie
pokonam
Pomimo chęci
najszczerszych
Wysłuchać mogę razy
tysięcy
Pieśń która mieszka
we mnie
Za urok twój jestem
wdzięczny
Co w duszy i w
sercu drzemie
Za to że jesteś i cieszysz śpiewem
Uśmiech i oczu błyski
Na chwilę stajesz
się niebem
Że dla mnie się stałaś wszystkim
Posyłam milion ci
moich myśli
Jedno tylko
pragnienie
Niech śpiew
twój nieraz się przyśni
Po stronie gdzie
będę cieniem
A gdy tam zajdę wszystkich poproszę
Niechaj cię
wciąż słuchają
Ty czasem wspomnij
mnie troszkę
Na zawsze mi będziesz majem
Za twą urodę twoje piosenki
Miliony róż na
świecie rosną
Ja wierszem składam tobie
podzięki
Latem jesienią zima
i wiosną
Darczyńcę zrąbali
Matka ziemia płacze
Z rozpaczy
Wierszopisowi markotno
Elegii pisze zwrotkę
Odmawia zdrowaśki
Za jego duszę
I modlą się ptaszki
W leśnej głuszy
E l e g
i a o
d r z e w i e
Stoi
dębisko przy drodze
Na jednej nodze
Dla wielu w sam raz
Drogowskaz
Na jednej nodze
Dla wielu w sam raz
Drogowskaz
Wszystkim jest przyjacielem
Gniazd na konarach wiele
Schronienie dla ptasząt
Sówki nocami tam straszą
Dziczyzny wyżywienie
Listki u dzieci w cenie
A ile było świergotu
W listowiu stukrotnym
Dla gromu też celem
Był razy wiele
I kochali się pod nim
Starsi i młodzi
Miłości głodni
Prawie co dzień
Dla podróżnych cieniem
Na zmęczenie
Nie skąpiło jemiołom soków
Spoczywał wiatr u konara
Szczęśliwie było wokół
Bo się dąb o to starał
Pokoleniom wielu
Służył z celem bez celu
Jacyś nadeszli ludzie
Drwale
W nocnym trudzieGniazd na konarach wiele
Schronienie dla ptasząt
Sówki nocami tam straszą
Dziczyzny wyżywienie
Listki u dzieci w cenie
A ile było świergotu
W listowiu stukrotnym
Dla gromu też celem
Był razy wiele
I kochali się pod nim
Starsi i młodzi
Miłości głodni
Prawie co dzień
Dla podróżnych cieniem
Na zmęczenie
Nie skąpiło jemiołom soków
Spoczywał wiatr u konara
Szczęśliwie było wokół
Bo się dąb o to starał
Pokoleniom wielu
Służył z celem bez celu
Jacyś nadeszli ludzie
Drwale
Darczyńcę zrąbali
Matka ziemia płacze
Z rozpaczy
Wierszopisowi markotno
Elegii pisze zwrotkę
Odmawia zdrowaśki
Za jego duszę
I modlą się ptaszki
W leśnej głuszy