Rymy koszlawe IV


        W i e r s z    o     n i c z y m

To jest wiersz o niczym
Język tysiące słów
Słownik obszerny
Słowa na a b c
Coś znaczą
Można je składać
Tak i siak
Z sensem lub bez

Napisali tysiące wierszy
Każdy o czymś
Nikt nie napisał
Wiersza o niczym
Więc spróbujmy

Jeśli o niczym
Nie musi być dobry
Nic na to nie zasługuje
Może być bez rymu rytmu
Metrum średniówki
Byle jaki
Skoro jest o niczym

Niełatwo napisać wiersz o niczym
Wymaga namysłu
Też inwencji
Wielu dni medytacji
Też przeróbek jak ten
Musi jakoś wyglądać
Mimo wszystko

Nie może być zbyt długi
Skoro jest o niczym
Bo będzie wtedy o czymś
A ma być o  niczym

Czy naprawdę można napisać
O niczym wiersz?
Skoro można napisać o czymś
To i o niczym

Skoro można
To nic zapewne jest czymś
Tylko  czym?
Skończmy już
O niczym nie można zbyt wiele

     L i c z n i e   d o   t r z e c h

Pierwsze słowo
Nieme
Gest pożądany
Pukania
Pierwszy znak
Pierwsza kołatka u wrót

U sznura
Gdzie żagle pościeli
Wśród pochyleń
Uniesień
Osiągają pożądaną kruchość
Tam wspiętej baletnicy
Gdy sprężona
Obłok kolejny poddaje
Pod pieszczotę wiatru
Tam właśnie
Zakołacze wpierw nieśmiało
Powtórzy potem echem głębszym
Pierwsze pukania
Rozmowa na jeden głos
Odtąd zacznie się wsłuchiwanie
Dzielenie czasu na cząstki
Aż cierpienie przemieni wszystko
W nowy początek
Szczęśliwe cierpienie
I niepokój cierpki
Czy nie wzeszło zmierzchem milczenie

A gdy ujawni
To nowe wydarzenie
Tuz przed snem
Powie
To to to tu
Razem wyłowią falę  zza świata
Jedną
Błysk krótki
Drugą
Echo

Tarcza łowi
Myszkuje
To tu to tam
Krąży po ciepłej czaszy
Niech jeszcze zabrzmi żywa perkusja
I się rozleje bania
Ciepła
Wir oszalały
Tu tu tu
I zaraz się splotły te ich dwie
Razem myszkują
Aż do wzniecenie fluidów
Potoczy się kule miękka
Promienistość o stu szpileczkach

Magnezja z wonią kadzidła
Wybuch i długa poświata
Węzeł splatany z zapewnień
Wciąż i wciąż

To był
Aplauz
Adoracja
Uwielbienie
Dane sobie
Za sprawa
Liczenie do trzech 

     P r z n i c z n e    z a p r o s z e n i a

Akwamaryny akwamaryny
Zawiodły w toń
Czartowską ręką siane bławaty
Na pokuszenie kwitną

Dworne bursztyny dworne bursztyny
Muskają skroń
To zaproszenia są do komnaty
Pszenicznej i błękitnej

Pośród kołysań pośród kołysań
Przytula łan
Ulata chyłkiem spłoszony śpiewak
Świerszcz z bliska gdzieś zacyka

Otwórzmy dzisiaj otwórzmy dzisiaj
Czarowny dzban
Uchylmy garstkę zapomnień z niego
Na uwiecznienie wzdychań

Martwieją słowa martwiej słowa
Przygasa śmiech
Darować można treści najwięcej
Gdy wzejdzie czas bezgłosy

Łan zawirował łan zawirował
W pijanym śnie
Trwać tak będziemy w bliźniej podzięce
Aż niebo się rozkłosi

Przystań spragniona przystań spragniona
Rozkwita blask
Zachwytem wzeszły złote księżyce
Zza horyzontów błogich

W dojrzałych gronach w dojrzałych gronach
Gęstnieje czas
Popłyńmy dalej pośród zachwyceń
Przez tajemnicze progi

Czarodziej ranek w ukłonach barwnych
Kłania się nisko
Za taką chwile podarowana
Oddamy wszystko
  
     I n w o k a c j a   d o    E l i

O Ela Ela o Elu
Ty masz przyjaciół wielu
Żaden nie włada gitara
Więc bądźmy ze sobą parą

Refren:
Gitara gitara już łka
Dla Eli ode mnie to znak
Gitary unosi się śpiew         lub: Gitary się śpiew unosi
Bo we mnie gorąca jest krew     O słówko od Eli prosi

O Ela o Ela o Elka
Ma miłość do cię jest wielka
O ukarz się na balkonie
Z gitarą ci się pokłonię

O Ela Ela Elżbietko
Nie bądź uparta kobietka
Twa postać mnie tak zachwyca
Niech w blasku cie ujrzę księżyca

O Ela Ela o Ela
Dziś jest przecież niedziela
Czekam cie pod jaworem
I rankiem  i wieczorem

O Elka Elka o Ela
Przygotuj się do wesela
Wyśpiewam ci na gitarze
Jak dobrze nam będzie w parze

Wciąż nie ma i nie ma Eli
A gdzież to ja diabli wzięli
Na próżno gram pod balkonem
Inny ją pojął za żonę

Więc drugą poszukam Elę
Na świecie jest dziewczyn wiele
Pod oknem zaśpiewam z gitarą
Dla innej stanę się parą
                
     C h w a ł a    p i e r w s z y m

Tobie zapewne
Nie była zbyt ciężka
Ta niewola wdzięczna
Mistrzu dojrzały
Pochlebstw pełna
A i się przyznaj
Kraszona ukradkiem
Garncem wina
Wypitym z córa dworzanina
W jej przychylnym łożu
Podróż odkładano
Za sprawą leniwej gościny
To za sprawą burzliwego morza
Z pana wreszcie
Jawnego rozkazu

Tobie zapewne
Nie była zbyt ciężka
Ta niewola wdzięczne
Czy tu
Czy gdzie indziej
Równie grób gościnny
Kościom
Ojczyzna wielkiemu
Gdzie dzieło
Dziecko spłodzone
Świeci wielkością
Na Krecie
Ojczyzna
Gdzie władca
Hołubi zazdrośnie
Budowniczego
Co pierwszy na świecie

Lecz syn syn
Należy się górom
Za którymi tęskni
Nie ciekaw córy
Co z zabaw wyrosła
Nawet królewskiej
Ciąży fez szkarłatny
Nie nęcę kodeksy
Nie cieszą kielichy
Syn ku zamorskim
Niebom tęskni
Syn ku progom
Matczynemu wzdycha

Boś go powieścią nocną
Karmił
O domu północnym
Nie na darmo
Wiec nie dla wyczynu
Sławy czystej
Której ma dostatek
Dla syna
Lepi ojciec
Dzieło ostatnie

W mylącej odzieży
Na statku kupieckim
Niepewny uciekiniera los
I ojciec synowi należny
I ojcu oczu okrycie
Dłonią dziecka
Więc nie dla wyczynu
Gromadzi pióra i wosk

Czy ty byłeś
Czy cię wymyślił
Dawny piewca
Dość że w głowie czyjejś
Wyrosła pierwsza
Nieziemska
Podróż podniebna
Że śpiewak pradawny
Gdy wielka kruchość była losów
Nie myślał o szczęśliwym chlebie
A chciał być ptakiem

Gdy więc byłeś
Z synem tęskniącym
Jesteś nam bliski
Podwójnie
Lotem pod słońcem
I siedliskiem
Wolności ogromnej

Ogromnej
Bo ptasiej
Ona darzy
Swobodą jasną
Choć jedno gniazdo
Budować każe

Gdy bardem byłeś
Przy ognisku
Co bajał
O skrzydlatej parze
Jesteś nam bliski
Piewco
Ucieleśnionych marzeń

Dwaj dwaj
Potężnieją nad wyspa
Ranny odlot żegnany tłumnie
Władca przekleństwa ciska
Gościom nierozumnym
Dwaj biali
Maleją w promieniach
Coraz dalej ziemia

Wiek męski
Racją zimną włada
Młodość dodaje skrzydeł
Nie było racji u Dedala
Synowskich racji nie przewidział

A gdyby tak w zawody z ptakiem
A gdyby tak w zawody z chmura
A gdyby tak w zawody z słońcem
A gdyby tak a zawody z sobą

To nie ucieczka z wyspy uciążliwej
To radość boskiej równa
Ikar bogów wyzwał
By się z nimi równać

Wzlata
Szybuje
Ziemie mać umyka
Już pod samym słońcem
Ikar

Królem nad sobą
Królem ramion
Królem przestrzeni
Człowieczy ptak nad globem
Ziemi

Helios zazdrosny
Powala
Nie będą chłopcom skrzydła rosnąć
Trwa po nim chwała
Nad poziomy wylatał
Młodością
Pierwszy padły bohater
Z niecierpliwych
  
    D a   c a p o   a l   f i n e

Krzyk w dłoni
Poeta niebieski
Łamie pieczęć pierwszą
Płomień u skroni
Zachwytami kreśli
Błysk na powitanie

Szept wzrasta
Daję ci dostatnio
Druga pieczęć pęka
Wiary garstka
Oczekuje na dnie
Na swe ujawnieni
Grzmią trąby
Wrota  lśnią na oścież
Trzecią księgarz kruszy
Śpiewy mądre
Na dziedzińcu goszczą
Znak na pasowanie

Biel święta
Ściele się u głowy
Czwarta rozłączona
Dłonie zgięte
Zawisają  w połowie
Na znak darowania

Świec ognik
Gości u źrenicy
Piąta się rozwiera
Siebie godni
Przyjęci do świty
Chór głosi hosanna

Da capo al  fine

Krąg bliskich
W smutkach się jednoczy
Szósta znika martwa
Skroń ściska
Co ściera na prochy
Rodzi zrozpaczonych

Skroń stygnie
A u bram pukanie
Siódma rozłamana
Pieśń płynie
Na tę ziemska pamięć
Za to ziemską marność


   N a s   z   t e g o   j e s t    t r o j e

   Nadejdzie  nadejdzie
   Już dziś o północy
   Czy jutro nadejdzie
   I sen przerwie złoty

   A może za tydzień
   Wypłoszy czuwanie
   Pomódlmy się dzisiaj
   O cud rozwiązania

   Zawiewa zawiewa
   Tumany mkną groźne
   Po co nam się chciało
    Miłości tej doznać

   A chciało się chciało
   Miłości jedynej
   Przynosi nam dzisiaj
   W boleściach kruszynę

   Wśród wiatrów zawiei
   Wśród śnieżyc i mrozów
   Co z pocieszycielem
   Ci może zagrozić

   W czuwaniu trwa płochym
   Wyławia wzdychania
   To zdrzemnie się trochę
   U boku swej pani

   Trwaj oczekujący
   Strażniku stroskany
   Bo już się odzywa
   Ten oczekiwany

   Już puka do ściany
   Z ciepłego zaświata
   Obudził nad ranem
   I bólem sen skraca

   Popędzi popędzi
   Przez grudy przez progi
   Niech stanie mi prędzej
   Przy mojej niebogiej

   Łomoce łomoce
   Zawoła potężnie
   Mam miękka karocę
   Przyjdź pomóż mej księżnej

   Pofruną przez wiatry
   Przez śniegi popędzą
    A koniom na zadach
   Dzwoneczki zadźwięczą

    Hej wiśta hej wiśta
   Przez zaspy mkną sanie
   Nie myślcie żem przeklął
   Gorące kochanie

   Spod derek korzuchów
   Przez progi wyskoczą
   Ból łono rozdziera
   Płynami zabroczy

   Szykujcie biel płócien
   Gotujcie też wrzątek
   Kołyskę ugrzejcie
   Bo to już początek

   A ty panie bracie
   Stań tu u wezgłowia
   O wielkim cierpieniu
   Niech się pan mąż dowie

   Pocieszył pocieszył
   Rękoma przygarnął
   Gdy ból ciało przeszył
   Nie cierpi na darmo

   Przychodzi przychodzi
   Przychodzi w udręce
   Na dzisiaj na co dzień
   Splatają się ręce

   Pośrodku zawodzeń
   Stroskanych uciszeń
   Już inny głos w  drodze
   Już zaraz usłyszą

   O jeszcze o jeszcze
    Napory napory
   Czy to już nareszcie
   Czy przyjdzie spazm wtóry

   Bolesne rozdarcia
   Już nic nie pocieszy
   O rodzi się teraz
   Krzyk z krzykiem się miesza

   W głębinę spadanie
   O ulgi spokoje
   Było miłowanie
   Nas z tego jest troje

   Śpiewajmy hosanna
   Wypijmy kielichy
   Dzieciątko nam Pan dał
   W kołysce śpi cicho
  
     A d o r a c j a

    O cudzej  pięknie śpiewasz miłości 
    Prosić się jednak boję   
   Wypowiem to jak najprościej    
   Niech jest i ono o mojej   

   Nie podaruję  ci róż miliona
   Tylko ten skromny wierszyk
   Tysięcy wiorst nie pokonam  
   Pomimo chęci najszczerszych  

   Wysłuchać mogę razy tysięcy
   Pieśń  która mieszka  we mnie
   Za urok twój jestem wdzięczny   
   Co w duszy i w sercu  drzemie     

   Za  to że jesteś i cieszysz śpiewem
   Uśmiech i  oczu błyski
   Na chwilę stajesz się niebem     
   Że  dla mnie się stałaś wszystkim  

   Posyłam milion ci moich myśli
   Jedno tylko pragnienie
   Niech śpiew twój  nieraz się przyśni   
   Po stronie gdzie będę  cieniem 

   A gdy tam zajdę  wszystkich poproszę
   Niechaj  cię  wciąż słuchają
   Ty czasem wspomnij mnie troszkę 
   Na  zawsze mi będziesz majem 

   Za twą  urodę twoje piosenki
   Miliony róż na świecie rosną
   Ja wierszem  składam tobie  podzięki
   Latem jesienią zima i wiosną

   E l e g i a   o   d r z e w i e

    Stoi dębisko przy drodze
    Na jednej nodze 
    Dla wielu w sam raz
    Drogowskaz

    Wszystkim jest przyjacielem
    Gniazd  na konarach wiele  
    Schronienie  dla ptasząt      
    Sówki  nocami tam straszą 
    Dziczyzny  wyżywienie 
    Listki u dzieci w  cenie 
    A ile było świergotu  
    W listowiu stukrotnym 
    Dla gromu też celem
    Był razy wiele 
    I  kochali się pod nim 
    Starsi i młodzi 
    Miłości głodni 
    Prawie co dzień 
    Dla podróżnych cieniem
    Na zmęczenie
    Nie skąpiło jemiołom soków 
    Spoczywał wiatr u  konara 
    Szczęśliwie było  wokół
    Bo się dąb o to starał 
    Pokoleniom wielu  
    Służył z celem bez celu
    Jacyś  nadeszli ludzie 
    Drwale
    W nocnym trudzie
    Darczyńcę  zrąbali
    Matka ziemia płacze 
    Z  rozpaczy 
    Wierszopisowi markotno
    Elegii pisze  zwrotkę  
    Odmawia zdrowaśki
    Za jego duszę
    I modlą się ptaszki
    W leśnej głuszy