Rymy koszlawe II


     D o   I l d e f o n s a

Gloria dla twego pisania
Ildefonsie
Zza wersu prześwita Pranie
I komary w pląsie

Pierwsza druga każda zwrotka
To odkrycie
Chciałbym takim poeta zostać
Jak ty mianowicie

Z rymów leciutkich jak wonie
Składać pary
O zaczarowanych koniach
I dwóch gitarach

Proś za mnie tam w zaświacie
Swego patrona
Niech szczyptą weny oświeci
Wpuści do grona

Niechaj zagości na pupie
Potępienie
Za marzenie przygłupie
Na głowie wieniec
     
     S ł o w o   o   m o w i e    n a s z e j

Dziwaczna to mowa
Szeleszcząca liściasta
Śmiechu warta u obcych
Kaleczona przez swoich
Pełna komplikacji
Choć swobodna w składni

Nie śpiewna jak ruska
Nie gładka jak galów
Ale i nie groźna
Jak szwabska
Kto ją wymyślił?
W niej szmer strumieni
Szelest wiatru wśród trzcin
Brzęczenie trzmiela
Na brzegu wiersza
W krtani cudzoziemca
Grzęźnie trzask gałęzi
My niewolnicy tej mowy
Skazani na izolacje
Wyrodna mowa
Niektórzy ją chwalą
Pełni zachwytu
To ksenofobia
Jakaś pomyłka
Taka mowa nieszczęście
Zapora izolacja
Warta drwin cudzoziemca
Oto jaka jesteś
Kto mi zaprzeczy

Nie spostrzegł jeszcze
Pisarczyk żaden
Tej żenującej właściwości
Mówiąc wprost
Bez żenady i zaprzaństwa
Język
Jak zepsuta maszyna
Nie naoliwiona
Można bez końca snuć zarzuty
Na tym poprzestanę
Bo mi w końcu żal tego wynalazku
Naszych przodków praszczurów
Z lesistych ostępów
Piszę bez rymu rytmu
Rymy się wyczerpały
Rytmy to staroświecczyzna
Wiersz byle jaki

To nie wszystko
Mowa wyrodniejąca
Plugawiona co krok
Przez jej nosicieli
Coraz uboższa
Zahwaszczona
Jak rów przydrożny
Nie giętka
Jak spieczone ciasto
Co je piekarz nie wczas
Usunął z pieca

Dostałem ją w spadku
Kocham  jak matkę
Która nie musi być
Urodziwa

   E p o p e j a   o   k o z i e

Chodzi za mną i we mnie
Pasana przez brzdąca
Pod pamięcią drzemie
Kwiat na kwietnej łące

Jeszcze nie rogata
U maci wymienia
Z pasterzem się brata
Przyjaźń taka w cenie

Mam ją za siostrzycę
Dar dla jedynaka
Białością zachwyca
Wśród czerwieni maków

Gdy poszczypie ziela
U boku pasterza
Wabi przyjaciela
Czółkiem w czoło zmierza

Mała nimfo kozia
O łebku bezrogim
Atak nie jest groźny
Spojrzenie nie wrogie

Miesiące przeminą
Idzie czas dojrzały
Groty u łysiny
Dwa powyrastały

Wnet pani dostojna
Zaprasza do starcia
W tęgie zbroje zbrojna
Równo sobie warci

Bój śmiertelny w toku
Rogów koły w dłoniach
I zaciętość w oku
Kto kogo pokona

Odskok harcowniczki
I szarża udała
Ten atak się ziści
Dla rogatej chwała

Takie to igrzyska
Kozy i jej pana
Była mleka miska
Była wiązka siana

Hasała po łące
Cicho tkwi w umyśle
Bawiła się z brzdącem
Raz w roku się przyśni

    W   r y m a c h    p r o s t y c h 

Niech i ja dodam swoje trzy grosze
Do słów Konstanta o Wicie Stwoszu

Całkiem niewiele o tobie wiemy
To że pochodzisz z niemieckie ziemi

Nie znany ojciec matka czy siostra
Ślad jaki po nich czy pozostał

Wieleś lat przeżył w królewskim grodzie
Kłaniał się tobie każdy przechodzień

Wszyscy wiedzieli żeś mistrz nad mistrze
A dzieło twoje przez wieki błyszczy

Uczniak u szczytu ołtarza klęka
I mu się z stopy zsuwa ciżemka

Przeczytał powieść chłopiec młodziutki
Po latach wiersz ten jest tego skutkiem

W zamkowej sali któregoś roku
Wszystkie świętości obejrzał wokół

Bo je uczeni poustawiali
Dla publiczności  w wawelskie sali

Tam je pieścili czyścicielowie
Aby zgnębionym przywrócić zdrowie

W szacie złocistej Madonnie pięknej
I apostołom pełnym wdzięku

Uprowadzili święte postacie
Dla dzieł i ludzi okrutni kaci

Uratowali je detektywi
Wynagrodzili wszystkie krzywdy

Zasypiająca Panno Święta
Przed Twym obliczem kornie klękam

I opisuję ułomnym zdaniem
Podziw dla mistrza u stóp Twych Pani

Dzięki ci za to Wicie Stwoszu
Żeś takie wielkie dzieło stworzył
  
      S p a c e r   p o   k o ł y s c e   p i e r w s z e j

Nad złoceniem nad bielą
Pół na pół
Wiotka kwiecistość
Tu się bliźnięta splotą
W rozmowie w szeptach
Aż zwolniona z obowiązku
Jedna pobłądzi
Kwiecistość spłynie
Znad złocenia i bieli
I zacznie się modlitwa
Korna prośba
Wymuszenie udane
Wtedy opadną uzyskawszy zgodę
Milczącą
Złota i bieli próbując
Zaniechawszy szeptu
A biel błyśnie obnażona po brzeg
Oto zachęta do zawiłej wędrówki
Wśród złoceń i bieli
To tu to tam

Zaniechawszy szepty
Dopną swego
Już nie hamowane
Może tylko pozornie
Co jest właściwie zachętą
Gdy bliźnięta złożone
Jak w geście błogosławieństwa

Tam w podziemiach
W jądrze ciepła
W sercu ciszy
W łupinie bezpiecznej
W alchemicznym tyglu
W kołysce pierwszej
Pod złoceniem pod bielą
Kołacze
Grudka maleńka
Nosicielka

On sprawca
Teraz
Właśnie teraz
Podejmie trud

Muszelka pułapka
Dostrojona wzruszeniem
Wyczulona
Spacer wiedzie
Po bieli i złocie
Kołysce pierwszej
Przystanie tu
U podnóża
To na stoku złota
Bada miejsce przy miejscu
Az echo wyłowi 
Z dali
Od krawędzi
Z głębi czasu
To cudne pianissimo
To tu to tu to tu to tu

Sprawca
Stworzyciel
A więc cząstką  boskości
Obdarzony
Podziwia
Swoje w tym zawarte

     E  r  o  t  y  k    w  e  s  e  l  n  y

Rozgwary rozśpiewy
Świetliste rozlewy

Pohuki roztany
Podworzec pijany

Przycichnie nad ranem
Hołubiec rozdrgany

Na strychu w oborze
Na sianie jest łoże

Najłatwiej najprościej
Gdy z siana jest pościel

Drabina zawiedzie
Idź miła na przedzie

A dłonie już błądzą
Gdzie miłe gorąco

Drabina ukryta
Dla dwojga do świtu

Wśród woni łąkowych
Tracimy dziś głowy

Skąd szepty zaklęcia
Tam pierwsze zaczęcia

Koronki welony
Odłóżmy na strony

Niech listki opadną
Ukażą co na dnie

Niech płoche miękkości
Przyjmują dłoń w gości

Wytoczmy dwie  grusze
Spełnienie pokuszeń

Gdzie pąków są znaczki
Od tego się zaczni

Dążymy do spółki
Do gniazda jaskółki

Soczysta dojrzałość
Dnia tego czekała

Do czerni wśród bieli
Obojeśmy chcieli

Dojrzałe spełnienie
W najwyższej dziś cenie

Ból radość zamąci
Panieństwo się kończy

Wśród omdleń uniesień
Zaślubin jest pieczęć

Na sianie na strychu
Westchnienie nie cichną

Na strychu na sianie
Ziarenko posiane

Wesele dla gości
Nam lepiej w nagości


   P a n n a  i  p a n n a

Ta na oklep
Dostojnie wznosi
Po szyję spięte
Dwie niedostępne

Płyną wśród dźwięków
Rżeń i tętentu
Potoki falban

Ta pod
Nieustanna taneczność
Gracja krwista
Anglez

Panna i panna

Ta świetlista
Niesiona wyniośle
Ta pod
Maścią świeci
W chaszczach idzie stępa

Sztych
Daleka rzeczywistość
Zza siódmych miedz
Zza dziadów młodości trzech

Nam bardziej znana
Ostroga i czako
Kłus pod ułanem
W galeriach

A dzieci z klitek
Klatek nie szklannych
Nie klapną po przyjaznej wardze
Jak dorożkarz wierny
Weteran ostatni

Pokażą im w galerii
Gonitwę na płótnie
Hufce zaciężnych Szwedów
To im starczyć musi
Do kolekcji zwierząt płaskich

Pozostał na peryferiach
W ekskluzywnej hodowli
W ZOO wnet go wskażą palcem

Piastun
A w tym piastuństwie
Fala spienionych grzyw
Pod łuczniczą śmiercią
Pokorny tragarz
Juk i sakw
Oracz mozolny
Kamienistej włóki

A w tym piastuństwie
Pancerny taran
Skrzydlatych
A w tym....
Żywiciel w dalekiej potrzebie
Po prostu piastun
Kołysał na grzbietach
Po falach czasu

Niewdzięczni

Gdy na postumentach
To pod kimś
Dla niego samego
Brak cokołu

Kochankowie tylko
Od palet
Też wymarli
Kochankowie tylko
Nieliczni od siodeł

Pozostał dla zabawy
Rozwiedzionym
Żmudnie ciosany
W kształcie doskonałym
Przez upartych masztalerzy
Doborem panny
Doborem krwi

Płynie poezja
Czworonożna
To stępa
To kłusem
Zawahanie
I już
Pół tony smukłości
Zawisa w locie
Nie muśnie
Nie strąci
Parkur i taniec
Czworonożny

Nie ma stutysięcznych aren
Panna o wardze mięsistej
Huraganu braw
Po paradzie
Nagrodą
Czuły klep
Po szczecince twardej
I ozora lep
Czułość końska przy uchu

Płynie poezja
Porywa nieczułych
Niesiona do mieszkań
Milionów
W uździe spięta
Ponad stacjonatą
Płynie
Nie tknie udanych cegieł
Nad murem zad zgięty
Płynie
Falą miękka
Nad płotem
Panna gibka
Narowista
Chwyta w lot
Znaki nieme z pięt
Ciepłą rozmawia pachwiną

Bierze jak motyl
Zwyżki
To wszystko w minutach
Panna lśniąca potem
Mieści skąpych
Tęskniąc za stajnią i żłobem
Po tę nagrodę
Przyjazny dotyk
Mięsistej wargi
Ozora taniec
U ręki przy uździe

Koński erotyk

Po tę nagrodę
Jaskółką pójdzie

Jeźdźcowi po złoto

Ten dziś bohater
Co dosiadał grzbietu
Kroku uczył
Wymuszał skok
Wśród wertepów
I napełniał żłób
Ten dziś bohater
Zdobiony złotem
Pozwala na czułość
Końskiego pyska
Szeptu do ucha
Gdy tak stoją na błoniach
Nie na stadionach
Nagradzani przez panów z brzuszkiem

To nam pozostało
Z końskiej epoki
Milionom
Płaski pokaz
Tysiącom
Gonitwy na torach
Rounde vous niedzielne
Z narzeczona
Na Grand Prix
Setkom

Trwa wierność dozgonna
Wśród rzadkich stadnin
Po końsku oddana

Bez wierszy o koniach
Almanachy

Postawić choć jeden
Pomnik
Klaczy
Końskie pannie
Gdzieś na globie
W stepie
Przy drodze
Przed gmachem
Przed zamarłą stajnią

  U  c  z  t  o  w  a  n  i e 

Uczta dla dwojga
Widok słoneczny
Kompozycja łączności
Bądź mi tak zawsze oddana
Bądź mi tak zawsze ofiarobiorcą
Od tych chwil początkowych
Od spęcznienia żyznością
Od ulg opróżnienia
Aż do granicy
Przejścia
Rozwiązania spojrzeń

Chmurka ciepła
Obłok bieli
Kropla miękkości
Dopasowana
Niewyobrażalny dawca nasycenia
Mglistość krążąca wokół
Słodząca oddechy
Towarzyszka nieodłączna
Krążąca uparcie
Aż do odlotu w rewiry snu

Kleszczyki
Wczepione w miękkość
Nie odstąpią od pieszczot
Aż do odlotu w rewiry snu
Nie poddają się odjęciu
Jakby im odejmowano
Własne
Niezbędne
Zdobycz  jedyną

Podane w podarze
Rwane z namiętnością zdobywcy
Pęcznieje z zachwytu
Oddaje co ma najlepszego
Bez umiaru brane

Popłynie
Skomponowany naprędce
Podczas tego misterium
Monolog














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz