D o I l d e f o n s a
Gloria dla twego pisania
Ildefonsie
Zza wersu prześwita Pranie
I komary w pląsie
Pierwsza druga każda zwrotka
To odkrycie
Chciałbym takim poeta zostać
Jak ty mianowicie
Z rymów leciutkich jak wonie
Składać pary
O zaczarowanych koniach
I dwóch gitarach
Proś za mnie tam w zaświacie
Swego patrona
Niech szczyptą weny oświeci
Wpuści do grona
Niechaj zagości na pupie
Potępienie
Za marzenie przygłupie
Na głowie wieniec
S ł o w o o m o w i e n a s z e j
Dziwaczna to mowa
Szeleszcząca liściasta
Śmiechu warta u obcych
Kaleczona przez swoich
Pełna komplikacji
Choć swobodna w składni
Nie śpiewna jak ruska
Nie gładka jak galów
Ale i nie groźna
Jak szwabska
Kto ją wymyślił?
W niej szmer strumieni
Szelest wiatru wśród trzcin
Brzęczenie trzmiela
Na brzegu wiersza
W krtani cudzoziemca
Grzęźnie trzask gałęzi
My niewolnicy tej mowy
Skazani na izolacje
Wyrodna mowa
Niektórzy ją chwalą
Pełni zachwytu
To ksenofobia
Jakaś pomyłka
Taka mowa nieszczęście
Zapora izolacja
Warta drwin cudzoziemca
Oto jaka jesteś
Kto mi zaprzeczy
Nie spostrzegł jeszcze
Pisarczyk żaden
Tej żenującej właściwości
Mówiąc wprost
Bez żenady i zaprzaństwa
Język
Jak zepsuta maszyna
Nie naoliwiona
Można bez końca snuć zarzuty
Na tym poprzestanę
Bo mi w końcu żal tego wynalazku
Naszych przodków praszczurów
Z lesistych ostępów
Piszę bez rymu rytmu
Rymy się wyczerpały
Rytmy to staroświecczyzna
Wiersz byle jaki
To nie wszystko
Mowa wyrodniejąca
Plugawiona co krok
Przez jej nosicieli
Coraz uboższa
Zahwaszczona
Jak rów przydrożny
Nie giętka
Jak spieczone ciasto
Co je piekarz nie wczas
Usunął z pieca
Dostałem ją w spadku
Kocham jak matkę
Która nie musi być
Urodziwa
E p o p e j a o k o z i e
Chodzi za mną i we mnie
Pasana przez brzdąca
Pod pamięcią drzemie
Kwiat na kwietnej łące
Jeszcze nie rogata
U maci wymienia
Z pasterzem się brata
Przyjaźń taka w cenie
Mam ją za siostrzycę
Dar dla jedynaka
Białością zachwyca
Wśród czerwieni maków
Gdy poszczypie ziela
U boku pasterza
Wabi przyjaciela
Czółkiem w czoło zmierza
Mała nimfo kozia
O łebku bezrogim
Atak nie jest groźny
Spojrzenie nie wrogie
Miesiące przeminą
Idzie czas dojrzały
Groty u łysiny
Dwa powyrastały
Wnet pani dostojna
Zaprasza do starcia
W tęgie zbroje zbrojna
Równo sobie warci
Bój śmiertelny w toku
Rogów koły w dłoniach
I zaciętość w oku
Kto kogo pokona
Odskok harcowniczki
I szarża udała
Ten atak się ziści
Dla rogatej chwała
Takie to igrzyska
Kozy i jej pana
Była mleka miska
Była wiązka siana
Hasała po łące
Cicho tkwi w umyśle
Bawiła się z brzdącem
Raz w roku się przyśni
W r y m a c h p r o s t y c h
Niech i ja dodam swoje trzy grosze
Do słów Konstanta o Wicie Stwoszu
Całkiem niewiele o tobie wiemy
To że pochodzisz z niemieckie ziemi
Nie znany ojciec matka czy siostra
Ślad jaki po nich czy pozostał
Wieleś lat przeżył w królewskim grodzie
Kłaniał się tobie każdy przechodzień
Wszyscy wiedzieli żeś mistrz nad mistrze
A dzieło twoje przez wieki błyszczy
Uczniak u szczytu ołtarza klęka
I mu się z stopy zsuwa ciżemka
Przeczytał powieść chłopiec młodziutki
Po latach wiersz ten jest tego skutkiem
W zamkowej sali któregoś roku
Wszystkie świętości obejrzał wokół
Bo je uczeni poustawiali
Dla publiczności w wawelskie sali
Tam je pieścili czyścicielowie
Aby zgnębionym przywrócić zdrowie
W szacie złocistej Madonnie pięknej
I apostołom pełnym wdzięku
Uprowadzili święte postacie
Dla dzieł i ludzi okrutni kaci
Uratowali je detektywi
Wynagrodzili wszystkie krzywdy
Zasypiająca Panno Święta
Przed Twym obliczem kornie klękam
I opisuję ułomnym zdaniem
Podziw dla mistrza u stóp Twych Pani
Dzięki ci za to Wicie Stwoszu
Żeś takie wielkie dzieło stworzył
S p a c e r p o k o ł y s c e p i e r w s z e j
Nad złoceniem nad bielą
Pół na pół
Wiotka kwiecistość
Tu się bliźnięta splotą
W rozmowie w szeptach
Aż zwolniona z obowiązku
Jedna pobłądzi
Kwiecistość spłynie
Znad złocenia i bieli
I zacznie się modlitwa
Korna prośba
Wymuszenie udane
Wtedy opadną uzyskawszy zgodę
Milczącą
Złota i bieli próbując
Zaniechawszy szeptu
A biel błyśnie obnażona po brzeg
Oto zachęta do zawiłej wędrówki
Wśród złoceń i bieli
To tu to tam
Zaniechawszy szepty
Dopną swego
Już nie hamowane
Może tylko pozornie
Co jest właściwie zachętą
Gdy bliźnięta złożone
Jak w geście błogosławieństwa
Tam w podziemiach
W jądrze ciepła
W sercu ciszy
W łupinie bezpiecznej
W alchemicznym tyglu
W kołysce pierwszej
Pod złoceniem pod bielą
Kołacze
Grudka maleńka
Nosicielka
On sprawca
Teraz
Właśnie teraz
Podejmie trud
Muszelka pułapka
Dostrojona wzruszeniem
Wyczulona
Spacer wiedzie
Po bieli i złocie
Kołysce pierwszej
Przystanie tu
U podnóża
To na stoku złota
Bada miejsce przy miejscu
Az echo wyłowi
Z dali
Od krawędzi
Z głębi czasu
To cudne pianissimo
To tu to tu to tu to tu
Sprawca
Stworzyciel
A więc cząstką boskości
Obdarzony
Podziwia
Swoje w tym zawarteE r o t y k w e s e l n y
Rozgwary rozśpiewy
Świetliste rozlewy
Pohuki roztany
Podworzec pijany
Przycichnie nad ranem
Hołubiec rozdrgany
Na strychu w oborze
Na sianie jest łoże
Najłatwiej najprościej
Gdy z siana jest
pościel
Drabina zawiedzie
Idź miła na przedzie
A dłonie już błądzą
Gdzie miłe gorąco
Drabina ukryta
Dla dwojga do świtu
Wśród woni łąkowych
Tracimy dziś głowy
Skąd szepty zaklęcia
Tam pierwsze
zaczęcia
Koronki welony
Odłóżmy na strony
Niech listki opadną
Ukażą co na dnie
Niech płoche miękkości
Przyjmują dłoń w
gości
Wytoczmy dwie grusze
Spełnienie pokuszeń
Gdzie pąków są znaczki
Od tego się zaczni
Dążymy do spółki
Do gniazda jaskółki
Soczysta dojrzałość
Dnia tego czekała
Do czerni wśród bieli
Obojeśmy chcieli
Dojrzałe spełnienie
Dojrzałe spełnienie
W najwyższej dziś
cenie
Ból radość zamąci
Panieństwo się
kończy
Wśród omdleń uniesień
Zaślubin jest
pieczęć
Na sianie na strychu
Westchnienie nie
cichną
Na strychu na sianie
Ziarenko posiane
Wesele dla gości
Nam lepiej w nagości
P a n n a i p a n n a
Ta na oklep
Dostojnie wznosi
Po szyję spięte
Dwie niedostępne
Płyną wśród dźwięków
Rżeń i tętentu
Potoki falban
Ta pod
Nieustanna taneczność
Gracja krwista
Anglez
Panna i panna
Ta świetlista
Niesiona wyniośle
Ta pod
Maścią świeci
W chaszczach idzie stępa
Sztych
Daleka rzeczywistość
Zza siódmych miedz
Zza dziadów młodości trzech
Nam bardziej znana
Ostroga i czako
Kłus pod ułanem
W galeriach
A dzieci z klitek
Klatek nie szklannych
Nie klapną po przyjaznej wardze
Jak dorożkarz wierny
Weteran ostatni
Pokażą im w galerii
Gonitwę na płótnie
Hufce zaciężnych Szwedów
To im starczyć musi
Do kolekcji zwierząt płaskich
Pozostał na peryferiach
W ekskluzywnej hodowli
W ZOO wnet go wskażą palcem
Piastun
A w tym piastuństwie
Fala spienionych grzyw
Pod łuczniczą śmiercią
Pokorny tragarz
Juk i sakw
Oracz mozolny
Kamienistej włóki
A w tym piastuństwie
Pancerny taran
Skrzydlatych
A w tym....
Żywiciel w dalekiej potrzebie
Po prostu piastun
Kołysał na grzbietach
Po falach czasu
Niewdzięczni
Gdy na postumentach
To pod kimś
Dla niego samego
Brak cokołu
Kochankowie tylko
Od palet
Też wymarli
Kochankowie tylko
Nieliczni od siodeł
Pozostał dla zabawy
Rozwiedzionym
Żmudnie ciosany
W kształcie doskonałym
Przez upartych masztalerzy
Doborem panny
Doborem krwi
Płynie poezja
Czworonożna
To stępa
To kłusem
Zawahanie
I już
Pół tony smukłości
Zawisa w locie
Nie muśnie
Nie strąci
Parkur i taniec
Czworonożny
Nie ma stutysięcznych aren
Panna o wardze mięsistej
Huraganu braw
Po paradzie
Nagrodą
Czuły klep
Po szczecince twardej
I ozora lep
Czułość końska przy uchu
Płynie poezja
Porywa nieczułych
Niesiona do mieszkań
Milionów
W uździe spięta
Ponad stacjonatą
Płynie
Nie tknie udanych cegieł
Nad murem zad zgięty
Płynie
Falą miękka
Nad płotem
Panna gibka
Narowista
Chwyta w lot
Znaki nieme z pięt
Ciepłą rozmawia pachwiną
Bierze jak motyl
Zwyżki
To wszystko w minutach
Panna lśniąca potem
Mieści skąpych
Tęskniąc za stajnią i żłobem
Po tę nagrodę
Przyjazny dotyk
Mięsistej wargi
Ozora taniec
U ręki przy uździe
Koński erotyk
Po tę nagrodę
Jaskółką pójdzie
Jeźdźcowi po złoto
Ten dziś bohater
Co dosiadał grzbietu
Kroku uczył
Wymuszał skok
Wśród wertepów
I napełniał żłób
Ten dziś bohater
Zdobiony złotem
Pozwala na czułość
Końskiego pyska
Szeptu do ucha
Gdy tak stoją na błoniach
Nie na stadionach
Nagradzani przez panów z brzuszkiem
To nam pozostało
Z końskiej epoki
Milionom
Płaski pokaz
Tysiącom
Gonitwy na torach
Rounde vous niedzielne
Z narzeczona
Na Grand Prix
Setkom
Trwa wierność dozgonna
Wśród rzadkich stadnin
Po końsku oddana
Bez wierszy o koniach
Almanachy
Postawić choć jeden
Pomnik
Klaczy
Końskie pannie
Gdzieś na globie
W stepie
Przy drodze
Przed gmachem
Przed zamarłą stajnią
U c
z t o w a
n i e
Uczta
dla dwojga
Widok
słoneczny
Kompozycja
łączności
Bądź
mi tak zawsze oddana
Bądź
mi tak zawsze ofiarobiorcą
Od
tych chwil początkowych
Od
spęcznienia żyznością
Od
ulg opróżnienia
Aż
do granicy
Przejścia
Rozwiązania
spojrzeń
Chmurka
ciepła
Obłok
bieli
Kropla
miękkości
Dopasowana
Niewyobrażalny
dawca nasycenia
Mglistość
krążąca wokół
Słodząca
oddechy
Towarzyszka
nieodłączna
Krążąca
uparcie
Aż
do odlotu w rewiry snu
Kleszczyki
Wczepione
w miękkość
Nie
odstąpią od pieszczot
Aż
do odlotu w rewiry snu
Nie
poddają się odjęciu
Jakby
im odejmowano
Własne
Niezbędne
Zdobycz jedyną
Podane
w podarze
Rwane
z namiętnością zdobywcy
Pęcznieje
z zachwytu
Oddaje
co ma najlepszego
Bez
umiaru brane
Popłynie
Skomponowany
naprędce
Podczas
tego misterium
Monolog
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz