Rymy koszlawe V


       J e s z c z   o   s u c e

Powiła suka pod płotem
W chłopskiej zagrodzie
Chłop zajął się miotem
Przejęty srodze

Włożył szczenięta do wora
Zarzucił na plecy
Fora ze dwora
Szczenięce dzieci

Wór spławił na wodzie
Nawet delikatnie
Niech sobacza młodzież
Popływa na dnie

Płacze suka na brzegu
Wielkiej wody
Tu i tam biega
Umarła z głodu

Dobrze tak suce
Za miot nieprawy
Innej ku nauce
I dla chłopskiej sławy

Wiersz napisał o suce
Poeta z Rusi
Jak mógł najkrócej
Łza nam kapie w duszy

     W  i  e  l  k  i  e    w  ą  c  h  a  n  i  e

Ja cię przyłapałem
Wyrostek
Grzechu winny
Spalonej stodoły
Póki krok starczy
Kłamstwa pięciu minut
W prawdę nie obłóczył
Za to haniebne szelmostwo
Spadła kara pantofla

Ja cie przyłapałem

Ty
Co nie czekasz brzasku
Żalem zdjęty
Łaknieniem kobyły
Łaknieniem zacnych krasul
I
Sen ci odbiera
Wieczorny niepokój
Obświecasz
Ostatni sternik
Stajen ciepłych królestwa
Polecasz Bogu
To ty byłeś

Skrzypienie sękatych kolan
Zgiętych u szlabana łoża
Zaspanych budzi
A ty
Miast wczuć się w nauczoną
W dzieciństwie pobożnym
Mamroczesz suchymi usty
A tak naprawdę
Obliczasz miesięczny udój
Taksujesz zapasy owsa
Taka to natura
Co wiąże z cesarskim boskie
Natura mocna
O grzbiecie muła

Ja cię przyłapałem
Na tej poezji niedzielnej
Wielkim wąchaniu

I powiedział Pan
Odpocznę dnia siódmego
I powiedział Pan
Odpoczniesz dnia siódmego
A ty co
Człapiesz po niedzielnej mszy
W dalekie miedze
Znane z codzienności
Znane z wiosen gnojnych
Znane ode żniw
Znane z orek
Znane z gonitw
Za dziecięcą sitwą

A ty co
W dłonie bierzesz bursztyn niedojrzały
Zębami próbujesz miękkości
Czarta złorzeczysz zielu
Mierzysz wysokość źdźbła
Tych pól codzienny gościu
Mierzysz niedzielą
Ten dzień wygrałeś
Czas odpoczynku
Na probe woni
Chwytania poszumu
Wielkiej nagrody

Więc cię przyłapałem
Na wielkim wąchaniu
Teraz wiem
Po latach
To była twoja wielka poezja
Zapachem pisana
Łowienie oklasków
Nagroda należna
Niedzielne wąchanie
Intymny zwiastun
Czasu żęcia
Radość stukrotna
Zasłużona nagroda
Wielkie wąchanie
Intymny zwiastun
Czasu brania

Teraz cie chwale
Chciwcze nie gminny
A wtedym
Śmiechem przedrzeźniał
Stodół smarkaty podpalacz
Na pięć minut
Teraz cię chwale
Teraz wiem
To była twoja poezja
Wielka nagroda za twarde dni
Wielkie wąchanie
Tej nie zaznał wnuk
W karbach najmu zgięty
Bo mu z ciebie został trud
Bez owocu cienia
Nie chadza niedzielą
Na wielkie wąchanie
Z pól zdjęto poezję
Za pokarm dając
Obrok przeżuty

     T  r  w  a      n  i  z  a  t  a  r  t

Z okna ukradkiem można
Prześwitem zza zasłon
Sycony dojrzałem zaczynem
Światła w prześwicie odkrywa
Co nigdy nie zgasną
Czyha wyobraźnią
Myśliwy niezdarny
Dojścia szczeliny
Szuka w malignie
Wzbiera odwagą pierwszą
Jak sutek pokarmem

Gdy zabłyśnie w cieśni
Pierzem zaaniali
Zaigra cieleśnie
Uderzy w nozdrza
Musującym winem
Wsączy się bielą
Ten obraz w szczelinie
Plama żywą przetrwa
Pokuszenia utrwali
Do następnego pokazu

I znów i znów
I raz któryś 
Świtem
Taniec intymny zakwitnie
W zasłon rozwarciu
O
Sierp cielesny niemo kusi
Lew opuści wartę
Już dzisiaj
Powalony pierwszą odwagą

Jest moc okowu
Peli
Taka moc więzi
Wiecheć w rozsypce
Pszeniczny czerep
Po połowie
W nozdrza uderzy wkrótce
Porazi do dna
Ku grykowłosej
Lunatyk
Wypływa herosem

Pierwszy spacer w kurzu
Gnanych tęsknotą udoju
Spacer pokusa
Bosy spacer bez składu
Nie hojny
Biała bielsza najbielsza
Bawiona dowcipem nagłym
Dobytym z wypinanej piersi
Przymusem odwagi
Spacer bolesny ku trawom
Śnieżnej
Rażony odwagą
Widok łowi grzeszny
Na zapas utrwala
Uchylony pejzaż
To spacer bolesny

Błogosławionaś ty
Za życzliwość ucha
Szczodre dawki słów
Gejzer melodyjny tryska
Zwiastuje
Zwycięstwo jeszcze nie zwycięscy
U kresu piaskowej podróży
W kurzu gnanych tęsknotą zieleni
Tam pokusa splącze
Wyczerpane dźwięki
Zuchwały dojrzy gotowe pościele
Tu czas i miejsce
Zamknięte uchylić
Łowione tylko
Brane wyobraźnią
Przez wąskie szczeliny
Zza zasłon
Delikatnie

 Świetlista
Dawczyni odwagi
Odwodzi w rewiry obojętności
Czujna
Pouczona nierozwagą chłystka
Niepomna oszołomień
Odwodzi w rejony dzieciństwa
Dojrzałości nie udziela lekcji
Najjaśniejsza ze wszystkich

Funduje spacery czcze
Wiejskie powroty z pastwiska
Pełnię niedostępną
W boleść zamienia
Sączy obojętność
Niepomna znaczących pocisków

Katastrofy niedziela nie gardzą
Upadły
W marszu po mszy
Drogę kurzem znaczył
Za światłem pochodnią upartą

Prawda dziewczęca zdzieli
Odpowiedzią niemą
Jasną niedzielą
Podaniem kwiatu dłoni
Innemu
Podrzuceniem zaproszeń
Tajnym ukłonem
Inny dojrzałej ofiary godzien

I tak trwa
Trwa niezatarte
Żywe w  żywym
Trwa niezatarte
Chwała pierwszej odwagi
Rozpacz pierwszej klęski

      Z a b a w y   d z i e c i e c e

 Mistrz niderlandzki
Udały i swojski
W palcach nie brakło biegłości
Choć mu daleko od greka
Aleć wymyślił sobie
Przepis na sławę
I to się chwali

Więc
Postnicy
Z obżarstwem idą w zawody
A tam przysłów bez liku
Obrazki zagadki
Na dzisiejsze czasy

A  gdy go mor srogi złamał
Zapalił wary
W samym środku tygla
Zagotowały się sny z jawą
Warzyły się w kotle
A czort i anioł
Mieszali pospołu
A gdy odjął dobry Bóg
Żagiew od mistrza
To co oglądał w malignie
Złożył na płótnie
Aż mu wyszła opowieść
O Gretchen

Ta
Pieszczot nie zaznawszy
Czy to z braku urody
Czy oporów dusznych
Popadła w szaleństwo
I sieje ludziom na postrach
Okropność i dziwadła
Sama niezniszczalna

Razu pewnego
Nasz mistrz
Kolekcjoner zachowań
Rozrzewnił się przy piwsku
Kumpla pewnie spotkał
Z dzieciństwa
W gospodzie "Pod Żaglem"
A oto ich wspominki
Toczenie na beczce
Wodzenie kręgu
Zabawa w kości
Kręcenie bąka
Puszczanie latawca

Były to wspominki 
Jeszcze z przed  tych lat
Gdy dłoń łobuza
Szuka gościny
Wśród falban
Podetknąwszy uprzednio zamysł
Gry w chowanego

Musiał być dobry
W bojach niedorosłych
Mistrzem był może
W chodzeniu na szczudłach
Ale klipy nie znał
Gdy mojego dzieciństwa
W tej
To ja byłem mistrzem
Podwórkowych olimpiad

W pędzlu jego zawarta wieża babel

    E  l  e  g  i  a   o    O  f  e  l  i  i

Przywiały kozienickie wiatry
Ofelię
Ktoś nazwał ją trafnie
I celnie
Przywiały na męczeńskie bruki
Ofelię
Niech się tu pouczy
Codziennie

Gdzie Kozienice Kozie
Nice proza
Iczne  proza
Na mapie wyblakłej
O Boże Boże
Z tak daleka
Ofelia Ofelia
Nie
Drama
Tyczna
Szarym okiem urzekła

Ofelia
Plama płowa
Nad ławą zastyga
Godzina tańca dla oczu
Ofelia Ofelia
Nie wiedzieć po co
Ku tobie wzdycham

Taka bladość
Rozjaśnień niemych
Ma siłę
W Kozienicach
Kozie
Słońce błękit zbieliło
W Kozie
Nicach
Słońce czerwień
Wabi na nice

Ofelio wyblakła
Pergaminie wonny
Ktoś ciebie łaknie
Dozgonnie

Nad ławą zastygłą
Cały rok łowi
Bezsłowy
Kto ciebie wygra
Promieniu płowy
Niedramatyczny
Wzniosły
Przyćmiony poświatą
Mgielną  postać
Woskowobladą

Cały rok łowi
Bezsłowy
Cień blasku
Targa zadumy
Spojrzeń hałasem
Tylko płowy płowy
Płoszy z trudem
Odblask

Przysłały kozienickie puszcze
Ofelię
Spojrzenia coraz dłuższe
I celne
Wypieściła
Kozienicka mieścina
Ofelie
Po latach piszę o niej
Elegię

Opowieść więc taka
O Ofelii
Co nie łamie spojrzeń
Przyjaźnią się dzieli
Gdy czas dojrzał

Przysłały kozienickie puszcze
Ofelie
Spojrzenia coraz dłuższe
I celne
Szarooka
Mysiowłosa
Ofelia Ofelia
Nie
Drama
Tyczna
Nie Shakespeare'a
Liryczna
Lira
Budzi herosa
Nagradza za tysięczny podziw
Za niemy skowyt
Otwiera klamkę słów

Ale ta Ofelia
Całkiem prozaiczna
Inny cel ma
Szelma

Pierwsza odsłona
Pomóż
Za nagrodę dłoni
Przyjęcie ukłonu

Druga osłona
Nie przyjmuje daru
Bąbki srebrnej
Na ulicy Złotej
Pozostał ciężar
Na ulicy szarej
Za bladolicą
Nie szaleć
Obowiązek
Wlec się
Udając zwycięzcę
Na  gorzką ulicę

Odsłona trzecia
Obnażenia rąbek
Spowiedź prawie intymna
Cicha wśród cichej gawiedzi
Takich samych Eskulapa dzieci

Czwarta odsłona
Ofelia Ofelia
Wiadomość ścisła
Ofelio Ofelio
Inny ci zabłysnął
Ofelio Ofelio
Na nic wszystko

Odsłona piąta
Finał
Odległy dramat
Ofelia
Sama

Tubylec
Po wiślanym razie
Po finale zdrady
Złodziej szubrawiec
Tubylec pokrwawia
Błaźni
Dokłada
Własną zdradę
Ustępując pola

Finał
Dramat
Dla dwóch
Za sprawą Ofelii

Ofelio Ofelio
Blada Ofelio
Po latach wielu
Martwym cieniem
Pod  pamięci pościelą
Się mienisz


  W o ł a n i e   i   n a g r o d a

Wśród zbóż
Wśród ros
Ślę tęskny głos
Tak długo już

Mój szept
Wzniósł wiatr
Pod szczyty Tatr
Nad morza brzeg

Od skał
Gdzie turń
Promieniem sfruń
Głos echem trwał

Od plaż
Znad fal
Stąd wołam w dal
Gdzie dom twój wskaż

Jak ćma
Do świec
Wciąż będę biec
Do ciebie w snach

I trwa
Mój zew
Aż zabrzmi śpiew
Dla mnie wśród traw

I wstał
Ten dzień
Twój mignął cień
Oblekł się w kształt

Zza mgieł
Zza mórz
Jesteś tu już
Odziana w biel

Dał los
Twój cud
W kraj szczęści wwiódł
Uwolnił z trosk

Dłoń daj
Do warg
Koniec mych skarg
Trwaj chwilo trwaj

Żar wznieć
Na skroń
Połóż swą dłoń
Dam za to pieśń

Wzrok lśni
Drży pierś
Miłość jak wiersz
Nie liczmy dni

Nie dwa
Nie raz
Wstrzymajmy czas
Niech chwila trwa

Gdzie gaj
Gdzie mech
Niech dźwięczy śmiech
Trwaj chwilo trwaj

U stóp
Gdzie ksiądz
Daj rękę spiąć
Na wieczny ślub

Wśród traw
Wśród łąk
Zamknijmy krąg
Utońmy w snach

Czy zmierzch
Czy brzask
Udzielaj łask
By smutek pierzchł

Mknie czas
Po dniach
Wyszeptasz w snach
Poczęłam z nas