Rymt koszlawe VI

     

 K a n t y c z k a   o   f i g u r c e


Za wsią nikifor mieszkał
Samotnie w chacie
Nie miał koleżków
Ani przyjaciół
Sprawnie władał kozikiem
Strugał w świerkowym pieńku
Nie było lepszego przy nim
A drzewce to nie miękkie

Celebrował i pieścił
Panienkę z dzieciem przy piersi
Posadził panią we wnęce
W glinianym murze chaty
Podziwiali cudzoziemce
Modlili się sie do niej dziadki

Zawrzało na plebanii
Że z drzewka jest pani
Usunąć usunąć świątka
Na strych schować lub do kąta
Zawrzało na nikifora
Że się nie uporał

 Znalazł się odlewnik
Z gipsu worem
To artysta pewny
Skończył do wieczora                    
Postawili kolorową
Na postumencie postać
Nowoczesną
Królową
Teraz taka ma stać
Niech się ludzie cieszą
Latem jesienią zima i wiosną

Płacze gipsowa madonna
Bezbronna
Nie chce być modelką
Słodkim karmelkiem

Płaczą nad swoja niedolą
Madonny
Ślę im ukłony
Ze świerku być wolą
Świerkowe nikiforowe
Piękne i zdrowe
Z dzieciątkiem przy piersi
Takie strugają najwięksi

Płacze świerkowa na stryszku
Łezki pachną świerczyną
Nikiforowi się przyśni
Też się smuci krztynę

       D r z e w o

Stoi dębisko przy drodze
Na jednej nodze
Dla wielu w sam raz
Drogowskaz
Gniazd dla ptasząt schronienie
I wyżywienie
Dla pioruna też celem
Był razy wiele
I kochali się pod nim
Miłości głodni
Dla podróżnych cieniem
Na zmęczenie
Nie skąpił jemiołom soków 
Spoczywał wiatr wśród konarów
Szczęśliwie było o wokół
Bo dąb się o to starał
Pokoleniom wielu
Służył z celem bez celu

Jacyś  nadeszli ludzie
Drwale
W wielkim trudzie
Dąb zrąbali
Matka ziemia płacze
Z rozpaczy
Wierszopis się smuci
Elegię pisze w trudzie

 
    Hi s t o r i a    p e w n e j    t ę s k n o t y

Hej hej
Ty tam w górze
Halo halo klekocie
Sfruń nam tu na podwórze
Zamiast stąpać po rosie

Sfruń sfruń
Długodzioby
Hejże hejże szczydłaty
Czy mi pomożesz powiedz
Nie poskąpię zapłaty

Klip klip
Suchtrzaski
Człapu cz łapu na łące
Twojej dopraszam się łaski
Prośby niosę gorące

Złóż złóż
Mi u progu
Szurum szurum w paczuszce
Czekać dłużej nie mogę
Mam już biała pieluszkę

Dar dar
Dam wspaniały
Klingu klingu ze złota
Swoim zaniesiesz małym
Szczęście je za to spotka

Daj daj mi
Masz gościu
Chlipu chlipu płaczące
Wszystkie ptaszęta proście
Tego co stąpa po łące

A czemu ty czemu
Przysiadasz w zadumie
O mnie zapominasz
Zrozumieć nie umiem

Wzdychania wzdychania
Wśród rozmówek goszczą
Pewnie ją coś gnębi
Tą moją najdroższą

Krok coraz wolniejszy
Jakiś ciężar dźwigasz
Dziwne w twojej twarzy
Światełko zamiga

Gdzie żeś się podziała
Pośród nocy sennej
Czemu mnie opuszczasz
Przed obrazem kleknę

Koniki koniki
Wiozą nas daleko
Pędzimy na skrzydłach
Bo ona tam czeka

Już mi się znalazła
Już w ramiona bierze
Nigdzie jej nie puszcze
Chyba że mnie weźmie

Koniki koniki
Do domu nas wiozą
A ona coś w chuście
Osłania od mrozu

Rozwinie rozwinie
Z wełen zawiniątko
Do góry uniesie
Ukaże dzieciątko

Wróć wróc
Do ojczyzny
Kleku kleku przystojny
Moje ci szczęście wyznam
Dam ci zapłatę hojną 
  
    E  r  o  s    i    p  i  ł k  a

Co robić na pierwszym spotkaniu
Gdy się jeszcze całować nie można
Choć miła
Choć mała
Na mecz
Piłki nożnej

Par takich
Jak my
Na trybunach setki
Krzyczeć można dowoli
W kolanko klepnąć
Gdy strzela gola

A to już cos
Na drodze
O której ten wiersz
Więc na mecz choć
Z gola się ciesz

Tu tłok
Tu ścisk
Inaczej się nie da
Jak być z sobą blisko
Korzystam z tego
Przebacz
 
Ty staniesz za tymi
Ja za tymi
Gotowa sprzeczka na początek
Na drodze intymnej
Tajemne potrąci

Stadion szumi
Zrywa się szał
 Bartolini
Wszystkich gubi
Celny strzał

Cieszmy się
Aż do granic
Aż do zapaleń  w oczach
Wezmę pod rękę cie pani
Przygarnę trochę

Podwójna korzyść
Z piłkarskich zabaw
Wyszumieć się można
Bez obaw
I przypadkowych
Nazbierać zbliżeń
Obojgu na dobre
Nam to wyjdzie

Inni z trybun
Do domów wyniosą
Podziw
Dla herosów
Może im stępi
Kanciaste dusze
Smutki wyziębi
Troski wysuszy

Takie pożytki
Z tej kopaniny
Cieszą się wszyscy
Wprost dziecinnie

A
Ja
Stąd
Wynoszę
Coś więcej
Ściszenie głosu
Ślad twojej ręki

A
My
Jednak
Coś
Co
Nas jedna

  P o c z ą t e k   p r z e z n a c z e ń

Sprężysta soczystość
Sprawczynią oniemień

Taneczność kołysań
Niepokój rozdrzemie

Promienne rozbłyski
Kolekcja tajemna

Rozperłowienie
Przełamie coś we mnie

Rzucone kamyczki
Schmurzenia zdumione

Rycerskie popisy
Przenikną jak promień

Złamana nieśmiałość
Ognikiem zapłonie

Z ziarenka poczęte
Już będzie ogromnieć

Szkolne przetrwanie
Lekcja zachwyceń

Podpowiadanie
Spełnieniem przysiąg

Do odprowadzeń
Czekanie klęska

Zadanie sprawdzę
Trud nie za ciężki

Którejś niedzieli
Już nie obronisz

Śmiałym fortelem
Dosięgnę dłoni

W mglistość jesienna
Zapomnij przeszkód

Wystaniesz  ze mną
Bliskość o zmierzchu

Z dżdżystych pomruczeń
Milczenia tkane

W pożegnań trudzie
Zastanie ranek

Otwarty sezam
Wspólnych tajemnic

Wspanialszych nie ma
Na całej ziemi

W ścieżynkę wchodzę
Swoich przeznaczeń

Bogatsza co dzień
Az do zapłaczu

  B r a t e r s k i e   p o w r o t y

Głuchoty tęsknoty
Falsety urwane
Wsparte o ścianę
Gęśliki cudne

Szarości żałości
Ubyło promieni
Na kołku w sieni
Czapka niewidka

Szarugi dzień długi
Lawendy przycichły
Drzemią na strychach
Kadzideł wonie

Gdzie psoty szczebioty
Sopranie muzyki
Z daleka z nikąd
Dzwonienie ciszy

Rozstanie czekanie
Ciułanie po groszu
Wstążkę poproszę
Zapłonie motyl

W soboty powroty
Podskoki siostrzane
Wsparte o ścianę
Zadrgają gęśle

Świetlany kochany
Braterskie zjawienie
Zawisła w sieni
Czapka słoneczna

Pogody ogrody
Igranie o zmierzchu
Stoją na ścieżkach
Płoche lawendy

W niedzielę w kościele
Wstążkowe zakwity
Dumna wśród świty
Witrażom grozi

W południe gdy cudnie
Braterskie fagoty
Siostrzane psoty
Szkolne przechwałki

U stołu pospołu
Porcelan pogłosy
Nikną bigosy
Uczty rodzinnej

Zabawy gdzie trawy
Gonitwy gaduszki
Panowie służki
Zadarte nosy

Kajety niestety
Ameby Zygmunty
Ygreki bunty
Drzemka na dłoni

Odjazdy gdy gwiazdy
Woźnicy bat śwista
Ręka ojczysta
Pegazem włada

Głuchoty tęsknoty
Falsety urwane
Szarości żałości
Ubyło promieni
Szarugi dzień długi
Lawendy przycichły

Wsparte o ścianę
Gęśliki cudne
Na kołku w sieni
Czapka niewidka
Drzemią na strychach
Kadzideł wonie  
    
      D o l a     p i e s k a

  Miał przyjaciół niewielu
  Pozostał jeden
  Obaj żyli bez celu
  Czekając na Eden

  Wspólne wiedli spacery
  Z jednej jedli misy
  Pan czasem gderał
  Bo był urwisem

  Ród jego mieszany
  Przybłędy bez maści
  Lubił pana kolana
  Lat miał może trzynaście

  W  komórce mieszkali małej
  Gdzie jedno legowisko
  Zimą brakło opału
  Marzł pan i psisko

  Jednym okryci kocem
  Przy sobie skuleni
  Cieplej im tak w nocy
  Skroń przylega do skroni

  Niemoc naszła na pana
  Całkiem znienacka
  Długo oczekiwana
  Opustoszeje chatka

  Gdy już go nie stanie
  Wyszepce do ucha
  Ostatnie przykazanie
  Do wiernego druha

  Przychodzi na  mnie kreska
  Na kopczyku nie waruj
  Nas obu dola pieska
  O pana innego się staraj

  Nie posłuchał porady
  Skomle dniami z żałości
  Daleki od psiej  zdrady
  Nie sypia  i pości

  Dniami pilnuje kopczyka
  Gdzie pan leży głęboko
  Z daleka ludzi  unika
  Szkliste ma oko

  W ziemi wykopał schowek
  Tam stworzył siedlisko
  Tu złoży kości i głowę
  Chce być  przy panu blisko

  Znaleźli obcy ciało
  Przysypali ziemią
  Tyle z niego zostało
  Obaj przy sobie drzemią

  A D O R A C J A

  O cudzej  pięknie śpiewasz miłości 
  Prosić się jednak boję   
  Wypowiem to jak najprościej    
  Niech jest i ono o mojej   

  Nie podaruję  ci róż miliona
  Tylko ten skromny wierszyk
  Tysięcy wiorst nie pokonam  
  Pomimo chęci najszczerszych  

  Wysłuchać mogę razy tysięcy
  Pieśń  która mieszka  we mnie
  Za urok twój jestem wdzięczny   
  Co w duszy i w sercu  drzemie     

  Za  to że jesteś i cieszysz śpiewem
  Uśmiech i  oczu błyski
  Na chwilę stajesz się niebem     
  Że  dla mnie się stałaś wszystkim  

  Posyłam milion ci moich myśli
  Jedno tylko pragnienie
 Niech śpiew twój  nieraz się przyśni   
  Po stronie gdzie będę  cieniem 

  A gdy tam zajdę  wszystkich poproszę
  Niechaj  cię  wciąż słuchają
  Ty czasem wspomnij mnie troszkę 
  Na  zawsze mi będziesz majem 

  Za twą  urodę twoje piosenki
  Miliony róż na świecie rosną
  Ja wierszem  składam tobie  podzięki
  Latem jesienią zima i wiosną

    P  r  o  t  e  s  t  u  j  ę

  Po cichu  wszystkim z wiedzy się zwierzę
  Dostępu dzisiaj bronią pancerze
 Znikły z ulicy ważki  motyle
  Przy takich życie płynęło milej
  Spróbuj popieścić spragnioną ręką
  Co nosi pani wewnątrz sukienki
  Czy na majówce albo i w kinie
  Ten miły zwyczaj już całkiem ginie
  Chyba że cieszy  cię zgrzebne sukno
  Zaakceptować mnie jednak trudno
  Przez pancerz gładzić zgrabne kolanko
  (Znam to)
  To owo tudzież  może i tamto
  Do muślin wróćcie i do jedwabia
  Nie ma lepszego na chłopców wabia
  Gdy się odsłoni ździebełko udka
  Na smutek męski to jest odtrutka
  Gdy wiatr podwieje sukienkę wiotką
  Staniesz się zaraz barwną stokrotką
  Staniesz się z miejsca Marlyn Monroe
  Czynią to z ciebie nóżęta gołe
  Lub gdy pochylisz się podnieść chustę
  W głowie zakręcisz wydatnym biustem
  Świśniesz przed nosem pupy zakolem
  Z dwojga tych skarbów to drugie wolę
  Jedno i drugie zresztą jest fajne
  Co bardziej cenić? drogi rozstajne
  Dla to i tamto mam wszak uznanie
  Zwłaszcza gdy widzę na plaży panie
  Przy takiej ciałek  pań obfitości
  Można mężczyznę tylko rozzłościć
  Bo nie wiadomo gdzie wzrok umieścić
  By nie pogwałcić niewieścich cześci
  Wzrok trzeba trzymać na wielkiej wodzy
  Nachalnie gapić się nie uchodzi
  To apopleksję może sprowadzić
  Co autor chłopom może poradzić?
  Okular czarny niech wzrok ci słoni
  Lecz przed pokusą to nie obroni
  W domowej nasyć swój wzrok  przystani
  Postudiuj wdzięki swej boskiej pani
 Czy to lekarstwo jednak wystarczy?
 Gdy masz za sobą podszepty czarcie!
  Więc gdy pokusy wstrzymać nie możesz
  Zamiast na plażę módl się w klasztorze
  Może więc lepiej  paniom w farmerkach
  Bronić dostępu by tam nie zerkać
  Niech się  ród męski z tym czymś oswaja
  Od maja do września od września do maja
  Nie radzę jednak iść na łatwiznę
  Oczy odwracać kiedy goliznę
  Przed twoim wzrokiem panna odsłania
  One chcą tego już od zarania
  Już Ewa w raju Adama kusi
  Gdy nie zakrywa swoich cycusi
  Jeno poniżej listeczek nosi
  Który zasłania to babskie cosik
  Adam sie bronił jak mógł dopóty
  Ewa mu dała owoc zatruty
  Owoc ten pada u stóp panienki
  Adam przyklęka bierze do reki
  Wzrok jego pada na brzeżek listka
  A co tam widzi to oczywista
  Oczy odwraca zgorszony wielce
  Aż mu wysiadło z wrażenia serce
  Podobał mu się znak tajemniczy
  I mina Ewy pełna słodyczy
  Po ciele Ewy oczami błądzi
  Rad by odsłonić tajemy koncik
  To jakieś dziwne gniazdeczko ptasie
  Niech sie ukaże w calej swej krasie
  Ta mu nie broni niechaj go bierze
  Tu wam opowiem już całkiem szczerze
  Gdybym to ja był w miejscu Adama
  A przy mnie stała ta pierwsza dama
  Całe odzienie bym zdjął z jej ciała
  I brał cokolwiek Ewa by dała
  Jałko czy gruszę lub owoc winny
  I każdy inny
  Wzrok mój by błądził po jej krzywiznach
  Bo ciało damskie dla ócz ojczyzna
  Adam sie w końcu oswoił z darem
  Chociaż się musiał zgodzić na karę
  Odtąd chłop każdy ma oczy bystre
  Chciałby podglądać dziewczyny wszystkie

  Czy to jest jednak dla chłopców kara
  Że się dziewczyna usilnie stara
  Bo wszelkie dżinsy u zgrabnej panny
  Podkreślą wszystek kształt nienaganny
  Kształty odnóży jędrne lub smukłe
  Dżinsy obcisłe uwypuklą.
  Nosi więc dżinsy wszelka dziewoja
  Na swe nóżęta wkłada podwoje
  Od pięt do pupy linią zachwycą
  I na nasz podziw zapewne liczą
  A my mężczyźni na kształty skorzy
  Gotowi takiej służyć w pokorze
  Lecz wtedy trzeba we wielkim trudzie
  Zdejmować dżinsy z góry po udzie
  Odpiąć guziki rozluźnić w pasie
  Wtedy po takim ambarasie
  Zbraknie ochoty
  Na wszelkie psoty
  Co zatem lepszy spodzień czy kiecka
  Ja to powiadam zatem od dziecka
  Wdziewaj porcięta do pracy co dnia
  Na randkę idźcie raczej bez spodnia


























































   






































































































      
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz