K a n t y c z k a o f i g u r c e
Za wsią nikifor mieszkał
Samotnie
w chacie
Nie
miał koleżków
Ani
przyjaciół
Sprawnie
władał kozikiem
Strugał
w świerkowym pieńku
Nie
było lepszego przy nim
A
drzewce to nie miękkie
Celebrował
i pieścił
Panienkę
z dzieciem przy piersi
Posadził
panią we wnęce
W
glinianym murze chaty
Podziwiali
cudzoziemce
Modlili
się sie do niej dziadki
Zawrzało
na plebanii
Że
z drzewka jest pani
Usunąć
usunąć świątka
Na
strych schować lub do kąta
Zawrzało
na nikifora
Że
się nie uporał
Znalazł
się odlewnik
Z
gipsu worem
To
artysta pewny
Skończył
do wieczora
Postawili
kolorową
Na
postumencie postać
Nowoczesną
Królową
Teraz
taka ma stać
Niech
się ludzie cieszą
Latem
jesienią zima i wiosną
Płacze
gipsowa madonna
Bezbronna
Nie
chce być modelką
Słodkim
karmelkiem
Płaczą
nad swoja niedolą
Madonny
Ślę
im ukłony
Ze
świerku być wolą
Świerkowe
nikiforowe
Piękne
i zdrowe
Z
dzieciątkiem przy piersi
Takie
strugają najwięksi
Płacze
świerkowa na stryszku
Łezki
pachną świerczyną
Nikiforowi
się przyśni
Też
się smuci krztynę
Jacyś nadeszli ludzie
D r z e w o
Stoi
dębisko przy drodze
Na
jednej nodze
Dla
wielu w sam raz
Drogowskaz
Gniazd
dla ptasząt schronienie
I
wyżywienie
Dla
pioruna też celem
Był
razy wiele
I
kochali się pod nim
Miłości
głodni
Dla
podróżnych cieniem
Na
zmęczenie
Nie skąpił jemiołom soków
Spoczywał wiatr wśród konarów
Szczęśliwie było o wokół
Bo dąb się o to starał
Pokoleniom
wielu
Służył
z celem bez celu
Jacyś nadeszli ludzie
Drwale
W wielkim trudzie
Dąb
zrąbali
Matka
ziemia płacze
Z
rozpaczy
Wierszopis
się smuci
Elegię
pisze w trudzie
Hi s t o r i a
p e w n e j t ę s k n o t y
Hej hej
Ty tam w
górze
Halo halo
klekocie
Sfruń nam
tu na podwórze
Zamiast
stąpać po rosie
Sfruń
sfruń
Długodzioby
Hejże
hejże szczydłaty
Czy mi
pomożesz powiedz
Nie
poskąpię zapłaty
Klip klip
Suchtrzaski
Człapu cz
łapu na łące
Twojej
dopraszam się łaski
Prośby
niosę gorące
Złóż złóż
Mi u progu
Szurum
szurum w paczuszce
Czekać
dłużej nie mogę
Mam już
biała pieluszkę
Dar dar
Dam
wspaniały
Klingu
klingu ze złota
Swoim
zaniesiesz małym
Szczęście
je za to spotka
Daj daj mi
Masz
gościu
Chlipu
chlipu płaczące
Wszystkie
ptaszęta proście
Tego co
stąpa po łące
A czemu ty
czemu
Przysiadasz
w zadumie
O mnie
zapominasz
Zrozumieć
nie umiem
Wzdychania
wzdychania
Wśród
rozmówek goszczą
Pewnie ją
coś gnębi
Tą moją
najdroższą
Krok coraz
wolniejszy
Jakiś
ciężar dźwigasz
Dziwne w
twojej twarzy
Światełko
zamiga
Gdzie żeś
się podziała
Pośród
nocy sennej
Czemu mnie
opuszczasz
Przed
obrazem kleknę
Koniki
koniki
Wiozą nas
daleko
Pędzimy na
skrzydłach
Bo ona tam
czeka
Już mi się
znalazła
Już w
ramiona bierze
Nigdzie
jej nie puszcze
Chyba że
mnie weźmie
Koniki
koniki
Do domu
nas wiozą
A ona coś
w chuście
Osłania od
mrozu
Rozwinie
rozwinie
Z wełen
zawiniątko
Do góry
uniesie
Ukaże
dzieciątko
Wróć wróc
Do
ojczyzny
Kleku
kleku przystojny
Moje ci
szczęście wyznam
Dam ci
zapłatę hojną
E r o s i p i ł k a
E r o s i p i ł k a
Co robić na
pierwszym spotkaniu
Gdy się jeszcze
całować nie można
Choć miła
Choć mała
Na mecz
Piłki nożnej
Par takich
Jak my
Na trybunach setki
Krzyczeć można
dowoli
W kolanko klepnąć
Gdy strzela gola
A to już cos
Na drodze
O której ten wiersz
Więc na mecz choć
Z gola się ciesz
Tu tłok
Tu
ścisk
Inaczej się nie da
Inaczej się nie da
Jak być z sobą
blisko
Korzystam z tego
Przebacz
Ty staniesz za tymi
Ja za tymi
Gotowa sprzeczka na
początek
Na drodze intymnej
Tajemne potrąci
Stadion szumi
Zrywa się szał
Bartolini
Wszystkich gubi
Celny strzał
Cieszmy się
Aż do granic
Aż do zapaleń w oczach
Wezmę pod rękę cie
pani
Przygarnę trochę
Podwójna korzyść
Z piłkarskich zabaw
Wyszumieć się można
Bez obaw
I przypadkowych
Nazbierać zbliżeń
Obojgu na dobre
Nam to wyjdzie
Inni z trybun
Do domów wyniosą
Podziw
Dla herosów
Może im stępi
Kanciaste dusze
Smutki wyziębi
Troski wysuszy
Takie pożytki
Z tej kopaniny
Cieszą się wszyscy
Wprost dziecinnie
A
Ja
Stąd
Wynoszę
Coś więcej
Ściszenie głosu
Ślad twojej ręki
A
My
Jednak
Coś
Co
Nas jedna
D o l a p i e s k a
P o c z ą t e
k p r z e z n a c z e ń
Sprężysta
soczystość
Sprawczynią
oniemień
Taneczność
kołysań
Niepokój
rozdrzemie
Promienne
rozbłyski
Kolekcja
tajemna
Rozperłowienie
Przełamie
coś we mnie
Rzucone
kamyczki
Schmurzenia
zdumione
Rycerskie
popisy
Przenikną
jak promień
Złamana
nieśmiałość
Ognikiem zapłonie
Ognikiem zapłonie
Z
ziarenka poczęte
Już
będzie ogromnieć
Szkolne
przetrwanie
Lekcja
zachwyceń
Podpowiadanie
Spełnieniem
przysiąg
Do
odprowadzeń
Czekanie
klęska
Zadanie
sprawdzę
Trud
nie za ciężki
Którejś
niedzieli
Już
nie obronisz
Śmiałym
fortelem
Dosięgnę
dłoni
W
mglistość jesienna
Zapomnij
przeszkód
Wystaniesz ze mną
Bliskość
o zmierzchu
Z
dżdżystych pomruczeń
Milczenia
tkane
W
pożegnań trudzie
Zastanie
ranek
Otwarty
sezam
Wspólnych
tajemnic
Wspanialszych
nie ma
Na
całej ziemi
W
ścieżynkę wchodzę
Swoich
przeznaczeń
Bogatsza
co dzień
Az
do zapłaczu
B r a t e r s k i e
p o w r o t y
Głuchoty
tęsknoty
Falsety
urwane
Wsparte
o ścianę
Gęśliki
cudne
Szarości
żałości
Ubyło
promieni
Na
kołku w sieni
Czapka
niewidka
Szarugi
dzień długi
Lawendy
przycichły
Drzemią
na strychach
Kadzideł
wonie
Gdzie
psoty szczebioty
Sopranie
muzyki
Z
daleka z nikąd
Dzwonienie
ciszy
Rozstanie
czekanie
Ciułanie
po groszu
Wstążkę
poproszę
Zapłonie
motyl
W
soboty powroty
Podskoki
siostrzane
Wsparte
o ścianę
Zadrgają
gęśle
Świetlany
kochany
Braterskie
zjawienie
Zawisła
w sieni
Czapka
słoneczna
Pogody
ogrody
Igranie
o zmierzchu
Stoją
na ścieżkach
Płoche
lawendy
W
niedzielę w kościele
Wstążkowe
zakwity
Dumna
wśród świty
Witrażom
grozi
W
południe gdy cudnie
Braterskie
fagoty
Siostrzane
psoty
Szkolne
przechwałki
U
stołu pospołu
Porcelan
pogłosy
Nikną
bigosy
Uczty
rodzinnej
Zabawy
gdzie trawy
Gonitwy
gaduszki
Panowie
służki
Zadarte
nosy
Kajety
niestety
Ameby
Zygmunty
Ygreki
bunty
Drzemka
na dłoni
Odjazdy
gdy gwiazdy
Woźnicy
bat śwista
Ręka
ojczysta
Pegazem
włada
Głuchoty
tęsknoty
Falsety
urwane
Szarości
żałości
Ubyło
promieni
Szarugi
dzień długi
Lawendy
przycichły
Wsparte
o ścianę
Gęśliki
cudne
Na
kołku w sieni
Czapka
niewidka
Drzemią
na strychach
Kadzideł
wonie
D o l a p i e s k a
Miał
przyjaciół niewielu
Pozostał
jeden
Obaj
żyli bez celu
Czekając
na Eden
Wspólne
wiedli spacery
Z jednej
jedli misy
Pan
czasem gderał
Bo był
urwisem
Ród jego
mieszany
Przybłędy
bez maści
Lubił
pana kolana
Lat miał
może trzynaście
W komórce mieszkali małej
Gdzie
jedno legowisko
Zimą
brakło opału
Marzł
pan i psisko
Jednym
okryci kocem
Przy
sobie skuleni
Cieplej im tak w
nocy
Skroń
przylega do skroni
Niemoc
naszła na pana
Całkiem
znienacka
Długo
oczekiwana
Opustoszeje
chatka
Gdy już go nie
stanie
Wyszepce
do ucha
Ostatnie
przykazanie
Do
wiernego druha
Przychodzi
na mnie kreska
Na
kopczyku nie waruj
Nas obu
dola pieska
O pana
innego się staraj
Nie
posłuchał porady
Skomle
dniami z żałości
Daleki
od psiej zdrady
Nie
sypia i pości
Dniami
pilnuje kopczyka
Gdzie
pan leży głęboko
Z daleka
ludzi unika
Szkliste
ma oko
W ziemi
wykopał schowek
Tam
stworzył siedlisko
Tu złoży
kości i głowę
Chce
być przy panu blisko
Znaleźli
obcy ciało
Przysypali
ziemią
Tyle z
niego zostało
Obaj
przy sobie drzemią
A D O R A C J A
A D O R A C J A
O cudzej pięknie śpiewasz miłości
Prosić się jednak
boję
Wypowiem to jak
najprościej
Niech jest i ono o
mojej
Nie podaruję ci róż miliona
Tylko ten skromny
wierszyk
Tysięcy wiorst nie
pokonam
Pomimo chęci
najszczerszych
Wysłuchać mogę razy
tysięcy
Pieśń która mieszka
we mnie
Za urok twój jestem
wdzięczny
Co w duszy i w
sercu drzemie
Za to że jesteś i cieszysz śpiewem
Uśmiech i oczu błyski
Na chwilę stajesz
się niebem
Że dla mnie się stałaś wszystkim
Posyłam milion ci
moich myśli
Jedno tylko
pragnienie
Niech śpiew
twój nieraz się przyśni
Po stronie gdzie
będę cieniem
A gdy tam zajdę wszystkich poproszę
Niechaj cię
wciąż słuchają
Ty czasem wspomnij
mnie troszkę
Na zawsze mi będziesz majem
Za twą urodę twoje piosenki
Miliony róż na
świecie rosną
Ja wierszem składam tobie
podzięki
Latem jesienią zima
i wiosną
P r o t e s t u j ę
Po cichu wszystkim z wiedzy się zwierzę
Dostępu dzisiaj bronią pancerze
Znikły z ulicy ważki motyle
Przy takich życie płynęło milej
Spróbuj popieścić spragnioną ręką
Co nosi pani wewnątrz sukienki
Czy na majówce albo i w kinie
Ten miły zwyczaj już całkiem ginie
Chyba że cieszy cię zgrzebne sukno
Zaakceptować mnie jednak trudno
Przez pancerz gładzić zgrabne kolanko
(Znam to)
To owo tudzież może i tamto
Do muślin wróćcie i do jedwabia
Nie ma lepszego na chłopców wabia
Gdy się odsłoni ździebełko udka
Na smutek męski to jest odtrutka
Gdy wiatr podwieje sukienkę wiotką
Staniesz się zaraz barwną stokrotką
Staniesz się z miejsca Marlyn Monroe
Czynią to z ciebie nóżęta gołe
Lub gdy pochylisz się podnieść chustę
W głowie zakręcisz wydatnym biustem
Świśniesz przed nosem pupy zakolem
Z dwojga tych skarbów to drugie wolę
Jedno i drugie zresztą jest fajne
Co bardziej cenić? drogi rozstajne
Dla to i tamto mam wszak uznanie
Zwłaszcza gdy widzę na plaży panie
Przy takiej ciałek pań obfitości
Można mężczyznę tylko rozzłościć
Bo nie wiadomo gdzie wzrok umieścić
By nie pogwałcić niewieścich cześci
Wzrok trzeba trzymać na wielkiej wodzy
Nachalnie gapić się nie uchodzi
To apopleksję może sprowadzić
Co autor chłopom może poradzić?
Okular czarny niech wzrok ci słoni
Lecz przed pokusą to nie obroni
W domowej nasyć swój wzrok przystani
Postudiuj wdzięki swej boskiej pani
Czy to lekarstwo jednak wystarczy?
Gdy masz za sobą podszepty czarcie!
Więc gdy pokusy wstrzymać nie możesz
Zamiast na plażę módl się w klasztorze
Może więc lepiej paniom w farmerkach
Bronić dostępu by tam nie zerkać
Niech się ród męski z tym czymś oswaja
Od maja do września od września do maja
Nie radzę jednak iść na łatwiznę
Oczy odwracać kiedy goliznę
Przed twoim wzrokiem panna odsłania
One chcą tego już od zarania
Już Ewa w raju Adama kusi
Gdy nie zakrywa swoich cycusi
Jeno poniżej listeczek nosi
Który zasłania to babskie cosik
Adam sie bronił jak mógł dopóty
Ewa mu dała owoc zatruty
Owoc ten pada u stóp panienki
Adam przyklęka bierze do reki
Wzrok jego pada na brzeżek listka
A co tam widzi to oczywista
Oczy odwraca zgorszony wielce
Aż mu wysiadło z wrażenia serce
Podobał mu się znak tajemniczy
I mina Ewy pełna słodyczy
Po ciele Ewy oczami błądzi
Rad by odsłonić tajemy koncik
To jakieś dziwne gniazdeczko ptasie
Niech sie ukaże w calej swej krasie
Ta mu nie broni niechaj go bierze
Tu wam opowiem już całkiem szczerze
Gdybym to ja był w miejscu Adama
A przy mnie stała ta pierwsza dama
Całe odzienie bym zdjął z jej ciała
I brał cokolwiek Ewa by dała
Jałko czy gruszę lub owoc winny
I każdy inny
Wzrok mój by błądził po jej krzywiznach
Bo ciało damskie dla ócz ojczyzna
Adam sie w końcu oswoił z darem
Chociaż się musiał zgodzić na karę
Odtąd chłop każdy ma oczy bystre
Chciałby podglądać dziewczyny wszystkie
Czy to jest jednak dla chłopców kara
Że się dziewczyna usilnie stara
Bo wszelkie dżinsy u zgrabnej panny
Podkreślą wszystek kształt nienaganny
Kształty odnóży jędrne lub smukłe
Dżinsy obcisłe uwypuklą.
Nosi więc dżinsy wszelka dziewoja
Na swe nóżęta wkłada podwoje
Od pięt do pupy linią zachwycą
I na nasz podziw zapewne liczą
A my mężczyźni na kształty skorzy
Gotowi takiej służyć w pokorze
Lecz wtedy trzeba we wielkim trudzie
Zdejmować dżinsy z góry po udzie
Odpiąć guziki rozluźnić w pasie
Wtedy po takim ambarasie
Zbraknie ochoty
Na wszelkie psoty
Co zatem lepszy spodzień czy kiecka
Ja to powiadam zatem od dziecka
Wdziewaj porcięta do pracy co dnia
Na randkę idźcie raczej bez spodnia
P r o t e s t u j ę
Po cichu wszystkim z wiedzy się zwierzę
Dostępu dzisiaj bronią pancerze
Znikły z ulicy ważki motyle
Przy takich życie płynęło milej
Spróbuj popieścić spragnioną ręką
Co nosi pani wewnątrz sukienki
Czy na majówce albo i w kinie
Ten miły zwyczaj już całkiem ginie
Chyba że cieszy cię zgrzebne sukno
Zaakceptować mnie jednak trudno
Przez pancerz gładzić zgrabne kolanko
(Znam to)
To owo tudzież może i tamto
Do muślin wróćcie i do jedwabia
Nie ma lepszego na chłopców wabia
Gdy się odsłoni ździebełko udka
Na smutek męski to jest odtrutka
Gdy wiatr podwieje sukienkę wiotką
Staniesz się zaraz barwną stokrotką
Staniesz się z miejsca Marlyn Monroe
Czynią to z ciebie nóżęta gołe
Lub gdy pochylisz się podnieść chustę
W głowie zakręcisz wydatnym biustem
Świśniesz przed nosem pupy zakolem
Z dwojga tych skarbów to drugie wolę
Jedno i drugie zresztą jest fajne
Co bardziej cenić? drogi rozstajne
Dla to i tamto mam wszak uznanie
Zwłaszcza gdy widzę na plaży panie
Przy takiej ciałek pań obfitości
Można mężczyznę tylko rozzłościć
Bo nie wiadomo gdzie wzrok umieścić
By nie pogwałcić niewieścich cześci
Wzrok trzeba trzymać na wielkiej wodzy
Nachalnie gapić się nie uchodzi
To apopleksję może sprowadzić
Co autor chłopom może poradzić?
Okular czarny niech wzrok ci słoni
Lecz przed pokusą to nie obroni
W domowej nasyć swój wzrok przystani
Postudiuj wdzięki swej boskiej pani
Czy to lekarstwo jednak wystarczy?
Gdy masz za sobą podszepty czarcie!
Więc gdy pokusy wstrzymać nie możesz
Zamiast na plażę módl się w klasztorze
Może więc lepiej paniom w farmerkach
Bronić dostępu by tam nie zerkać
Niech się ród męski z tym czymś oswaja
Od maja do września od września do maja
Nie radzę jednak iść na łatwiznę
Oczy odwracać kiedy goliznę
Przed twoim wzrokiem panna odsłania
One chcą tego już od zarania
Już Ewa w raju Adama kusi
Gdy nie zakrywa swoich cycusi
Jeno poniżej listeczek nosi
Który zasłania to babskie cosik
Adam sie bronił jak mógł dopóty
Ewa mu dała owoc zatruty
Owoc ten pada u stóp panienki
Adam przyklęka bierze do reki
Wzrok jego pada na brzeżek listka
A co tam widzi to oczywista
Oczy odwraca zgorszony wielce
Aż mu wysiadło z wrażenia serce
Podobał mu się znak tajemniczy
I mina Ewy pełna słodyczy
Po ciele Ewy oczami błądzi
Rad by odsłonić tajemy koncik
To jakieś dziwne gniazdeczko ptasie
Niech sie ukaże w calej swej krasie
Ta mu nie broni niechaj go bierze
Tu wam opowiem już całkiem szczerze
Gdybym to ja był w miejscu Adama
A przy mnie stała ta pierwsza dama
Całe odzienie bym zdjął z jej ciała
I brał cokolwiek Ewa by dała
Jałko czy gruszę lub owoc winny
I każdy inny
Wzrok mój by błądził po jej krzywiznach
Bo ciało damskie dla ócz ojczyzna
Adam sie w końcu oswoił z darem
Chociaż się musiał zgodzić na karę
Odtąd chłop każdy ma oczy bystre
Chciałby podglądać dziewczyny wszystkie
Czy to jest jednak dla chłopców kara
Że się dziewczyna usilnie stara
Bo wszelkie dżinsy u zgrabnej panny
Podkreślą wszystek kształt nienaganny
Kształty odnóży jędrne lub smukłe
Dżinsy obcisłe uwypuklą.
Nosi więc dżinsy wszelka dziewoja
Na swe nóżęta wkłada podwoje
Od pięt do pupy linią zachwycą
I na nasz podziw zapewne liczą
A my mężczyźni na kształty skorzy
Gotowi takiej służyć w pokorze
Lecz wtedy trzeba we wielkim trudzie
Zdejmować dżinsy z góry po udzie
Odpiąć guziki rozluźnić w pasie
Wtedy po takim ambarasie
Zbraknie ochoty
Na wszelkie psoty
Co zatem lepszy spodzień czy kiecka
Ja to powiadam zatem od dziecka
Wdziewaj porcięta do pracy co dnia
Na randkę idźcie raczej bez spodnia
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz